poniedziałek, 17 listopada 2014

#o52. Pamiętnik księżniczki

Szczerze mówiąc, nienawidzę pisać jakichkolwiek wstępów, więc tylko dodam, że zaczęłam pisać sobie nowe opowiadanie, które pewnie powtórzy los wcześniejszych i pozostanie niedokończone ^^.
Można skomentować także na WB, gdzie znajduje się tutaj.

~~~~~~~~~~~~~~


Stella.
Podobno księżniczka Solarii, pusta lala niegodna zaufania. Księżniczka myśląca tylko o ciuchach. Mająca świetnego narzeczonego. Szczupła, ładna, zgrabna i obiekt pożądania wielu chłopaków. Silna czarodziejka, która zdobyła największą moc w wymiarze Magix. Perfekcyjna idolka nastolatek.
Naprawdę?
Tylko ja wiem, jaka jest prawda. Inna. Bolesna.
Brandon niby jest przystojnym i idealnym królem Queenlandii, ale to nie jest prawda. Nie kochamy się, nie chcemy być ze sobą, ale nie umiemy ze sobą zerwać. W pewnym sensie ciągle chciałabym z nim być, ale czy naprawdę? Wiele razy mnie zdradzał, nie oszczędził nawet mojej najlepszej przyjaciółki...
Rodzice są wiecznie zapracowani, a każdą wolną chwilę poświęcają mojej kilkumiesięcznej siostrze - Jennie. Jestem dla nich niewidzialną osobą, nie dostrzegają mnie po pewnych wydarzeniach. Czuję, że matka mnie nie znosi, ale boję się jej przeciwstawić. O ojcu nie mam co mówić.
Przyjaciółki mają tylko swoich narzeczonych... nie liczę się dla nich. Tylko w Bloom mam oparcie. Zawsze umie mnie pocieszyć i przynajmniej wiem, że mnie wysłucha, doradzi. Za to jest moją prawdziwą przyjaciółką, wybaczyłam jej zdradę.
Ale tak naprawdę to wszystko się zaczynało...

Gdy obudziłam się, był miły, słoneczny ranek. Wstałam z łóżka i przeciągnęłam się, chwilę później wyjrzałam przez okno. Na placu na szczęście nie było nikogo, co jest niezwykłą rzadkością, bo zazwyczaj paparazzi od rana zaglądają do okien mojego pokoju, by mnie zobaczyć. Odkąd oficjalnie zostałam koronowana na księżniczkę, nie mam ani chwili spokoju. Nawet jest mi ciężko zobaczyć się z Bloom. Żeby z nią pogadać, często urywam się z sesji zdjęciowych czy przeprowadzanych wywiadów. Mi nie sprawiają one przyjemności, ale nie lubię widzieć zawodu na już znajomych mi twarzach. W tej sprawie interweniowałam u rodziców, ale przez nową córeczkę mają mnie daleko gdzieś. Widziałam ją jedynie kilka razy, a już jej nie znoszę.
Wnioskuję, że nigdy nie będę miała dzieci.
Wracając do tego słonecznego poranka: szybko ubrałam się i poszłam na spacer, niedostrzeżona przez nachalnych fotografów. Serio, czasem mam wszystkiego dosyć i chcę się zamienić ze zwykłą dziewczyną mieszkającą na Solarii czy nawet w Gardenii. Na pewno noszenie ciężkich toreb z zakupami byłoby o wiele łatwiejsze niż uciekanie przed dociekliwymi paparazzi.
Gdybym umiała mówić "nie", moje życie byłoby zdecydowanie łatwiejsze.
Udałam się do lasu, gdzie o tej porze roku wyjątkowo nie cięły komary (kurczę, "cięły" wciąż kojarzy mi się z "le ciel" [franc. niebo]). Było tam chłodno i przyjemnie, całym ciałem chłonęłam te przyjemne zimno. Szkoda, że czasem nie da się zamienić mocy z kimś innym, bo ja zamieniłabym się z wróżką zimna lub lodu. Ach, te marzenia.
Nagle dostrzegłam Brandona. Nienawidzę go od tej chwili, od kiedy zdradził mnie z Bloom. Wiem, że to było dawno, a ja poznałam Valtora, z którym i tak zerwałam (bo nasza miłość była zakazana, zło i dobro nie mogą się złączyć - a ja go nadal kocham...). Wprawdzie Bloom i Sky są już razem, dlatego zdecydowałam się jej wybaczyć. W końcu równie dobrze mogłabym nienawidzić Brandona, gdyby zdradzał mnie z inną panienkę. Po rozstaniu z Valtorem na prośbę rodziców wróciłam do niego, ale nigdy nie mogłabym go pokochać tak samo, jak kiedyś. Zwłaszcza, że przyłapałam go w łóżku z kilkoma innymi kochankami. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja naprawdę przez te wszystkie lata byłam dla niego nikim, czy nie było nam dobrze, czy nie byłam wystarczająco dobrą kochanką? No nic, nieważne. Widzicie, każdemu zdarza się pomylić, a nasz związek to była jedna, wielka pomyłka. Właściwie powinniśmy się ze sobą rozstać, ale...
Znowu zobaczyłam Brandona. Przemknął mi przed oczami, słodko się uśmiechając. Do mnie. Bardzo się zdziwiłam - czyżby chciał udowodnić, że te wszystkie zdrady były jedną wielką pomyłką? Nie, to nasz związek był pomyłką.
Ruszyłam za nim, przedzierając się przez gąszcze kwiatów i nieznanych mi roślin. Nigdy nie byłam w tym miejscu, naprawdę. Nie mogłam w to uwierzyć, bo myślałam, że znam ten las jak własną kieszeń... Może po prostu chodziło o to, że dawno tutaj nie byłam? Fakt, ostatnio tutaj nie przychodziłam... Zajęta własnymi problemami, zapominam o innych. Czasami nienawidzę siebie za to, że muszę być perfekcyjna, za dużo od siebie wymagam. Chciałabym jedynie zapomnieć o nieoczekiwanej miłości, o tym, że z kochankiem mi było tak dobrze... Jedyne, co mi sprawia ulgę to myśl, że nie zdradziłam Brandona! Gdy się zakochałam, już nie byliśmy razem.
Podeszłam bliżej mojego "narzeczonego" i spojrzałam na postać znajdującą się za nim.
Nie, to znowu Bloom?
Schowałam się w krzakach, oczekując na dalszy rozwój wydarzeń. I dobrze zrobiłam.
- Witaj, Bloom. - usłyszałam zaskoczenie w głosie Brandona. - Co tutaj robisz? Dobrze wiesz, że nie możemy się tutaj spotykać, ktoś może nas zobaczyć...
- Ach, czym ty się martwisz... - zachichotała. - Gdyby nie ty, nie przyszłabym tutaj. Specjalnie dla ciebie zwolniłam się z sesji zdjęciowej.
- Ja też nie wiem, jak do tej pory udało się ukryć nasz związek. Wszyscy się nabrali na to, że już nic do siebie nie czujemy. - odparł zadowolony.
Przez gałęzie zobaczyłam, że się do siebie przytulają. To nie było przyjacielskie przytulenie, tylko coś więcej. Nie mogłam w to uwierzyć. Moja najlepsza przyjaciółka i chłopak znowu razem?! A ja uwierzyłam w ich bajeczki, że się już nie kochają, że Bloom czuje coś do Sky'a... Z oczu popłynęły mi łzy, których za nic nie mogłam powstrzymać. Było mi bardzo smutno, że kolejny raz się zawiodłam. I to na ważnych osobach w życiu.
- Teleportacja... - szepnęłam i natychmiastowo znalazłam się w pałacu. Zobaczyłam matkę stojącą pod drzwiami, bezskutecznie dobijającą się do mojego pokoju. Podeszłam do drzwi, kładąc na nich swoją dłoń. Błyskawicznie się otworzyły.
- Jak ty się tutaj znalazłaś? - spytała. Nie wiem, dlaczego, ale wyczułam od niej wściekłość.
- Za pomocą teleportacji. - wyjaśniłam. - A co się stało? Dlaczego jesteś wściekła?
- Nie wolno używać magii na terenie królestwa! - krzyknęła. - Zapomniałaś o tym? Co o tobie pomyśli Brandon?!
Z całej siły uderzyła mnie w policzek. Naprawdę mnie to zabolało. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Moja własna matka... mnie uderzyła? Prędzej spodziewałabym się, że zrobi to ojciec. Matka nie wiedziała, co zrobił mi Brandon. Kolejny raz mnie upokorzył. No tak, przecież teraz najważniejsza jest moja siostra! Bezskutecznie próbowałam powstrzymać napływające łzy. Odwróciłam się do matki, patrząc na nią z pogardą. Kilkanaście sekund później weszłam do swojego pokoju i trzasnęłam drzwiami. Rzuciłam się na swoje łóżko, opadając na twarde podłoże. "No cóż, przecież Brandon mi tak kazał, a jest wielkim 'królem'" - nie pierwszy raz pomyślałam o Euris i chłopaku w ten sposób, jednak ból w sercu nie wytrzymywał ciężaru wspomnień. Najsilniejsze zdarzyły się wtedy, gdy przyłapałam jego i Bloom w korytarzach Alfei. Pamiętam ten dzień, jakby to zdarzyło się wczoraj. Pamiętam to, kiedy mnie prosił o rękę. Pamiętam też to, kiedy kilka lat temu obiecywaliśmy sobie, że nasza miłość jest wieczna, że pobierzemy się i będziemy mieć kilkoro dzieci. Już nie próbowałam powstrzymać łez, same płynęły, nie pytając o zdanie. Szybkim krokiem podeszłam do półki, na której leżały poduszki i pluszaki, a nad nimi wisiała kartka "Do wyrzucenia" napisana przez Brandona. Jednym ruchem zerwałam kartkę i wyrzuciłam ją do kosza. Zgarnęłam poduchy i stare pluszaki z tej półki, poduszki ułożyłam na łóżku, a pluszaki na półkach regału, który był przeznaczony na pamiątki "pięknego" związku z Brandonem. Dodam, że je także wyrzuciłam do kosza, nie pytając jego o zdanie. Teraz może ustawiać pluszaki z Bloom, nie ma problemu. Ułożyłam się na miękkich poduchach i odetchnęłam z ulgą. Skoro teraz nie mogę się przenieść na Ziemię, to chcę poczuć się jak we własnym domu. Ten pałac to już nie jest mój prawdziwy dom... Przynajmniej nie od tego dnia.
Poczułam, że muszę z kimś pogadać. Na pewno nie z Bloom, nie mogę na nią patrzeć po tym, co mi zrobiła. Wiem, że Suzanne - moja przyrodnia siostra - zawsze mnie rozumiała, jednak ostatnio szykowała się do ślubu ze swoim narzeczonym. Naprawdę była zakochana w swoim przyszłym mężu, zresztą tak samo, jak on w niej. To jest po prostu idealna para, czasem się pokłócą, ale zawsze się pogodzą. Muszę przyznać, że bardzo jej tego zazdroszczę.
Suzanne odebrała telefon po pierwszym sygnale, tak jakby czekała na niego.
- Cześć, Stello! - krzyknęła radośnie. - Co u ciebie?
Krótko i zwięźle przedstawiłam jej całą sytuację. Najwyraźniej zmartwiła się tym, bo wyczułam w jej głosie niemałą troskę. W dali pobrzękiwał stukot butów i dźwięk rozkładanych talerzy.
- Na dodatek matka mnie uderzyła. - dokończyłam z goryczą.
- Może powinnaś z nią porozmawiać? - spytała Suzanne, stukając palcem w telefon. W jej przypadku oznaczało to, że nie lubi długo czekać na odpowiedź.
- Nie chcę, ją interesuje tylko Jenna. - dodałam szybko.
- Słonko, może wyjaśnisz wszystko z Bloom i chłopakiem? W końcu to może być jakieś nieporozumienie... - zaczęła moja siostra.
- To nie jest nieporozumienie, oni się całowali! - znowu zaczęłam płakać i miałam ogromną chęć odłożenia słuchawki. To, co mówiła Suza, jeszcze bardziej mnie denerwowało.
- Jednak uważam, że powinnaś z nim pogadać. - usłyszałam głos siostry. - Bo widzę, że na razie rozstanie to nie byłby dobry pomysł.
- Muszę kończyć. - powiedziałam i rozłączyłam się.
Znowu zaczęłam myśleć o Brandonie. Mimo tego, że go nie kocham, zrobiło mi się bardzo przykro z tego powodu. W odróżnieniu od niego, ja nigdy go nie zdradziłam. Czy ja byłam złą kochanką, czy naprawdę nie było nam dobrze? Najwyraźniej tak, skoro znalazł pocieszenie u przyjaciółki. Od teraz byłej przyjaciółki.
Z dna szuflady wyciągnęłam dawną komórkę. Oszukałam rodziców i nie wyrzuciłam jej. Przypomina mi te czasy, kiedy byłam w związku z Valtorem. I było nam naprawdę dobrze, byliśmy bardzo w sobie zakochani. Dla niego byłam gotowa poświęcić tytuł księżniczki. Okazało się, że pracował dla Helarii, a Solaria była z nią w trakcie wojny. Suzanne, która podawała się za Kiarę, odbywała z nią walkę i po części wygrała ją, zdobywając Enchantix. My zaś pomogliśmy jej i resztkami sił zniszczyliśmy królestwo, a Angie (niania Eternity) i Eternity (córka królowej Helarii) trafiły do Alfei, dodatkowo Eternity otrzymała nowe imię: Marta. Pogodziłam się z Valtorem i znowu tworzyliśmy udaną parę, ale w dzień moich dwudziestych trzecich urodzin wszyscy dowiedzieli się o naszym romansie i zażądali zerwania. Ostatni raz spotkałam się z nim dokładnie rok temu, jednak zdołaliśmy jedynie powiedzieć do siebie parę słów i od razu zjawili się paparazzi, którzy chcieli przeprowadzić z nami wywiad. Uciekliśmy w przeciwne strony i więcej się nie zobaczyliśmy. Kilka dni później moi rodzice wzięli ze sobą ślub i kazali mi się z nim związać, więc nie mogłam się sprzeciwić. Trzy miesiące później okazało się, że matka jest w ciąży. Reszty można się domyślić... Matka z brzuchem, co chwilę mnie wołająca: nie rozumiem, przecież nie byłam jej służącą! Ostatecznie wybrałam się do Alfei na wakacje i miałam od niej spokój. Kiedyś myślałam o niej jak o przyjaciółce, teraz jest dla mnie obcą osobą. Zajmuje się tylko Jenną. A o Suzanne pamięta, codziennie lub co dwa dni do niej dzwoni. Wiem, mam strasznie fajną mamę. I ta strasznie fajna mama zniszczyła moje życie w dzień moich dwudziestych trzecich urodzin.
Obecnie mam już dwadzieścia cztery lata, mimo to ciągle mieszkam u rodziców. Wiele razy proponowali mi przeprowadzkę na Euris, ale ja się nie godziłam. Zaś tylko raz powiedziałam, że mogłabym się usamodzielnić i przenieść na Ziemię - wyrazili kategoryczny sprzeciw. Najwidoczniej bali się, że spotkam tam Valtora. Mam dwie siostry, jednak dużo bardziej lubię tą przyrodnią. Jesteśmy bardzo do siebie podobne. Młodszej nienawidzę, zabrała mi wszystko, co miałam. Mój chłopak mnie zdradza, do tego dzisiaj nakryłam go z najbliższą przyjaciółką. Tęsknię za świetnym chłopakiem, którego nigdy nie będę mogła mieć, bynajmniej nie pod tytułem księżniczki, dziedziczki tronu Solarii. Moim jedynym marzeniem jest uciec stąd, zapomnieć o wszystkim. Kiedyś bardzo lubiłam to życie, dzisiaj nie daje mi szczęścia. Co jest ze mną nie tak? To przez Valtora lub przez aferę z testami DNA? A może po prostu dorosłam i zrozumiałam, czego chcę od życia? Niestety, nie jestem psychologiem, by móc zagłębić się w te sprawy.
Do głowy przyszła mi kolejna myśl - była nią moc Magicalix'u. Kiedyś była dla mnie taka ważna, niemalże spełnieniem marzeń. Teraz była niczym, jedynie chorą ambicją. Ciekawe, czy dziewczyny dalej o nią walczą!, przemknęło mi przez myśl i złośliwie się uśmiechnęłam, wyobrażając sobie ich walkę o tę potężną moc:
Bloom staje na środku, Flora i Aisha po bokach, Tecna i Musa jeszcze dalej. Krzyczą do siebie i wymachują różdżkami Mythix'u.
- Aaa, Magicalix będzie mój! - krzyczy Bloom.
- Taa, na pewno. - mówi stojąca spokojnie Tecna.
- Aua, ubrudziłam sobie paznokcie!!! - krzyczy na cały głos Musa, wołając o pomstę do nieba.
- A ja buty, jesteście do niczego! - odpowiada z głośnym rozżaleniem Aisha.
W myślach bardzo mnie to rozbawiło, jednak tak naprawdę nie było mi do śmiechu. Momentalnie spoważniałam, wpatrując się w sufit.
Dlaczego moje życie jest takie, a nie inne? Dlaczego nie mogę normalnie marzyć i śnić, być zwykłą czarodziejką bez konkretnych planów na przyszłość? Dlaczego nie mogę być szczęśliwa?
Zadawałam sobie te pytania w myśli, wpatrując się w ukochanego misia. Tak bardzo pragnęłam, by w tej chwili ożywił się i odpowiedział mi z rozbrajającym uśmiechem, że nic nie muszę. Niestety, moje życzenie nie mogło zostać spełnione z tego powodu, że nie mogłam używać magii na terenie Solarii. Warknęłam ze złością, obrzucając drzwi niechlubnymi wyzwiskami i podeszłam do okna. Lekko odsłoniłam firanki i spostrzegłam tłum paparazzi, które odganiali ochroniarze. Pomyślałam, że kiedyś chciałam być taka popularna. Teraz już nie. Pewnie to dlatego, że dorosłam, jednak rodzice tego nie rozumieją. Z jednej strony chcą, żebym się usamodzielniła, z drugiej dalej podejmują za mnie wszystkie decyzje. Gdybym powiedziała matce o zdradzie Brandona, nigdy by mi nie uwierzyła, nawet gdybym miała twarde dowody.
Spojrzałam na zegarek. Godzina nie wyświetlała się, gdyż najwyraźniej był zepsuty. Wyjęłam swój nowiutki telefon z torebki i zobaczyłam, że dopiero dochodzi dwunasta. To dlaczego wydawało mi się, że minęła cała wieczność od ucieczki z lasu?
Nerwowo krążyłam po pokoju. Do głowy przychodziły mi najczarniejsze scenariusze. Bałam się, że znowu mogłaby wybuchnąć wojna. Od tamtej pory nie mogę spokojnie zasnąć, budzę się z krzykiem w nocy. Chyba mam obsesję na tym punkcie, serio.
W końcu przystałam przy oknie i patrzyłam przed siebie. Paparazzi zaczęli przepychać się jedno przez drugie, by zobaczyć tą "wyrodną dziewczynkę". Lekko uchyliłam okno i usłyszałam kawałek rozmowy z szanowanym dziennikarzem Solarii, znajomym mamy.
- Wiesz, wcale mi jej nie szkoda. Niby udaje smutną i wykończoną, ale mam co do tego niemałe wątpliwości... - usłyszałam głos Luny. Ciężko mi mówić o niej "mama", bo wcale nią nie jest.
- Dlaczego wątpliwości? Co jest nie tak? - dobiegł mnie ciężki, męski ton.
- Ona nie panuje nad sobą. Stała się agresywna, trzaska drzwiami, krzyczy na mnie, a nawet mnie uderzyła! - w głosie matki pojawiła się ogromna, fałszywa rozpacz. Jednak pewnie jej znajomy tego nie dostrzegł, zaaferowany oszałamiającym newsem do gazety.
Nie mogłam uwierzyć w jej słowa i gdy roztrzęsiona zamykałam okno, usłyszałam jeszcze:
- Możesz dać to do gazety, niech zrobią z niej rozpuszczoną, wyrodną księżniczkę!
Stanęłam jak oniemiała, zostawiając lekko uchylone okno. Nowe myśli gorączkowo przychodziły mi do głowy i zaraz odchodziły. Chłodną dłonią dotknęłam czoła, które było nadzwyczaj gorące. Zdziwiłam się, gdyż zawsze miałam idealną temperaturę ciała. Poczułam, że jest mi zimno. Chciałam położyć się do łóżka i zamówić tabletki przeciwgorączkowe, ale nie zdążyłam. Osunęłam się na podłogę i zamknęłam oczy.

Obudziłam się dopiero po kilku godzinach... a przynajmniej tak mi się wydawało. Co dziwne, nie obudziłam się w swoim pokoju. Lekko podniosłam się i krzyknęłam z przerażenia, uderzając się w głowę. Najwyraźniej byłam zamknięta w jakiejś skrzyni lub czymś podobnego. Otwierałam i zamykałam oczy, myśląc, że to jest chyba jakiś koszmarny sen.
- Słoneczna burza! - krzyknęłam. Ogromny pocisk przedziurawił skrzynię i mogłam się z niej wydostać. Znajdowałam się na cmentarzu, a na nagrobku było napisane moje imię, data urodzenia i śmierci. "Umarłam?" - pomyślałam z przerażeniem.
- Halo, jest tu kto? - zapytałam drżącym głosem, próbując ukryć przerażenie.
Zza krzaków wyłoniła się tajemnicza postać. Była ubrana w czarną suknię, na głowie miała czarny kaptur. Jej dłonie przypominały kolor kredy. Zdrętwiałam.
- K-kim je-esteś? - spytałam przerażona.
- Spokojnie, jestem jedynie wytworem twojej wyobraźni, taka właśnie chciałabyś być. - kobieta zaśmiała się.
- Czyli... jesteś moją imienniczką, alter-ego?
- Tak. I to ja powinnam znajdować się w tej skrzyni, grobie, pod kamienną płytą, nie ty. Nie martw się. - kobieta zdjęła kaptur. Prawie krzyknęłam. Miała ogromne zmarszczki i zapadniętą twarz. Uśmiechnęła się do mnie.
- Ale... wyglądasz trochę staro... - wyjąkałam.
- Mam już swoje lata, dokładnie liczę sobie ich sześćdziesiąt. - powiedziała cicho kobieta, ciągle się do mnie uśmiechając.
Spojrzałam na nagrobek. Nagle data zmieniła się na 31.08.2051. Zdziwiłam się i znów zwróciłam wzrok w kierunku kobiety, która ciągle się uśmiechała.
- A mogę wiedzieć, co by się stało, jeśli moje życie dalej szło tak samo jak teraz? Co by się zmieniło? - zapytałam z niemałym zaciekawieniem.
- Nic ciekawego. - wzruszyła ramionami. - Ja i Brandon wzięliśmy ślub, mamy dwójkę dzieci i piątkę wnucząt, dalej zdradza mnie z Bloom. Mój ojciec nie żyje, a Valtor, mój ukochany związał się z inną dziewczyną, chociaż nigdy nie przestał mnie kochać.
- I nie mogłaś zmienić swojego losu? - spytałam z rozżaleniem.
- Przecież to ty mną kierujesz! - krzyknęła ze złością, a z jej twarzy zniknął uśmiech...