środa, 16 września 2015

List

(c) Asia, czasy fcw




Nie. Nie. Nie.

Dziewczyna jeszcze bardziej skuliła się na podłodze. List pisany do narzeczonego wypadł jej z ręki. Łzy spływające jej po twarzy zamazały kilka drobnych literek. Wstała i chwiejnym krokiem podeszła do lustra. Zobaczyła w nim swoje odbicie. Sukienka była poszarpana, w kilku miejscach było widać strzępy, zaś czerwone oczy i łzy nieustannie kapiące z twarzy wskazywały na to, że musiała płakać bardzo długo. Nagle zobaczyła twarz Rivena, wydawało się, że nachylił się nad nią i wyszeptał kilka miłych słów. Tych słów, od których zaczął się ich romans. Tych słów, które zaczęły powoli ją wykańczać. Tych słów, przez które chciała zerwać ze swoją prawdziwą miłością, jak dotąd myślała.

Przestań o nim myśleć...
Odwróciła się, jednak nikt za nią nie stał. Znów pomyślała o narzeczonym, którego chciała zostawić. Wiedziała, że gdyby ktoś dowiedział się o jej romansie z chłopakiem Musy, od razu by ją wytępił. Tak, wiedziała o tym aż za dobrze. Na początku Riven był tylko odskocznią od jej idealnego związku. Teraz nie mogła przestać o nim myśleć. Miała wrażenie, że stał się jej obsesją. Obsesją, która ją niszczyła. Tyle razy obiecywała sobie, że to zakończy, ale kiedy tylko znów go widziała, odsuwała od siebie ten zamiar. Dla niego była gotowa skoczyć w ogień. Była gotowa wyrzec się rodziny, pragnień, nawet siebie.

...bo to kompletnie bez sensu. 
O tym też wiedziała. Spodziewała się, że Riven nie będzie gotów rozstać się z Musą dla niej. Musa miała przyjaciółki, ojca, była inteligentna i miała wiele talentów, a ona... ona była nikim. Zwykłą szmatą, która gotowa była rzucić narzeczonego i na stałe związać się z chłopakiem, dla którego zawsze będzie "tą drugą".

Beznadziejna sprawa.
Wyjrzała przez okno. Właśnie szedł w stronę jej mieszkania. Znowu do niej przyjdzie, zaczną się namiętne wyznania i zdrady poglądów. Skuliła się na łóżku, odwracając głowę. To co robiła było bez znaczenia. Wiedziała, że on nie zerwie ze swoją dziewczyną. Wiedziała, że ją traktuje jak zabawkę, którą porzuci i nikt się o tym nie dowie. Musa dużo dla niego znaczyła, a ona nie wiedziała, czy kiedykolwiek o niej pomyślał jako o kobiecie. Tak naprawdę była zagubionym dzieckiem, które nie wiedziało, czego chce.

Idź spać.
Wpuściła go. Nie była w stanie się jemu oprzeć. Nawet nie rozmawiali, tylko od progu zaczęli się całować, szybko przenosząc się na łóżku. Czuła, że tym razem było to co innego niż kiedyś. Szybko odepchnęła go, kiedy całując ją zsuwał się coraz niżej. Zaskoczony wstał z łóżka i usiadł na krześle, opierając łokcie o kolana. Przyglądał się jej. Pojedyncza łza spłynęła po jej twarzy. Miał się nigdy nie dowiedzieć, co pisała w liście. Jednak stało się inaczej - zasnęła. Riven wyciągnął jej list z dłoni. Zaskoczył się nim, mógł go nigdy nie przeczytać. Dowiedział się, jakie uczucia żywiła do niego. Ostatnie zdanie zapadło mu w pamięci.
Kiedyś Cię kochałam, Helia...

________________________________

Moja pierwsza miniaturka, zachęcona postanowiłam ją dodać.
Mam nadzieję, że nie jest źle jak na pierwszy raz. ^^

środa, 9 września 2015

Uważaj, księżniczko.

(c) Dżoanka, czasy fcw
Miałam wrażenie, że w moich oczach zaświeciły się iskierki. Spojrzałam w lustro. To była prawda tylko po części. Moje brązowe, jak dotąd spokojne oczy płonęły ogniem.
Chciałam się zemścić za to, że Bloom chciała z nami walczyć w ten sposób.
- Musimy działać - powiedziałam, nie wiedząc jednak, co konkretnie mamy robić.
- Ale jak? Zatarli wszystkie ślady. Miele przepadła... - odparła Flora najspokojniej jak tylko potrafiła.
- Nie wiem, ale na pewno musimy coś zrobić. Przez Bloom rozpadłyśmy się. Teraz ona jest naszym wrogiem. Najlepiej byłoby ją pokonać, tak po prostu - wiedziałam, że to nie jest możliwe, ale chciałam jakoś pocieszyć przyjaciółkę.
- Niemożliwe, dlaczego niczego nie zauważyłam? Spędzałam czas tylko z Helią i rodziną w pięknych luksusach. Dopiero kilka dni temu dowiedziałyśmy się, że Bloom ma romans z Brandonem, oświadczył się jej - mówiła nie na temat. Jakoś mnie to nie zdziwiło, że pewnie wezmą niedługo ślub. Są siebie warci.
- Nie dziwi mnie to - odparłam i nie odzywałyśmy się do siebie. Żadna z nas nie wiedziała co mogłybyśmy jeszcze powiedzieć.
Nagle usłyszałyśmy kroki i głośną rozmowę, po czym pukanie do drzwi. Najwyraźniej było odruchowe, bo Suza i tak wparowała do pokoju - no tak, przecież on należał do niej, nawet jeśli rzadko tu przyjeżdżała. Za nią przyszła Roxy. W tej chwili przypominała mi cień. Cień zarówno Suzanne, jak i samej siebie.
- To jak z tym klubem? - zapytała. Tętniła życiem, wyglądała, jakby odrodziła się na nowo. Widziałam w niej siebie sprzed lat, kiedy byłam szczęśliwa. Kiedy miałam wszystko, czego chciałam. A teraz to traciłam. Tak jakby Bloom chciała mi wymazać wspomnienia.
Nie słyszałam o czym rozmawiały. Straciłam nad sobą kontrolę. Silne wspomnienie napłynęło do mojej pamięci. Miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie i to teraz rozstawałam się z Valtorem. Ból głowy był coraz mocniejszy, aż w końcu wybiegłam z pokoju. Niestety przez ból nie dostrzegłam schodów i runęłam na nich jak długa. Próbowałam się zatrzymać chwytając się poręczy, ale ta wpijała mi się w skórę i wykręcała mi ręce. Stoczyłam się na dół. Wokół mnie pojawiła się krew, dużo krwi. Tylko to zapamiętałam przed utratą przytomności.

Obudziłam się otoczona kroplówkami. Moje ciało było owinięte bandażami. Jednak ja czułam się jakoś silniej. Wiedziałam, że ktoś to zrobił jedynie dlatego, by zagłuszyć moje myśli. I wiedziałam kto.
Do pokoju weszła Roxy. Nie była już cieniem, wydawała się być bardziej szczęśliwa niż wcześniej.
- Cześć, Roxy - powiedziałam.
- Witaj, Stello. Jak się czujesz?
- Dobrze, najchętniej wyszłabym ze szpitala. Dlaczego mnie tutaj trzymają? Właściwie co się stało?
- No wiesz... spadłaś ze schodów i straciłaś przytomność. Później ktoś cię zaatakował i zostawił kartkę "Jeszcze cię dopadniemy, suko".
- Kto mnie tak nienawidzi?! - ukryłam twarz w dłoniach. Nie miałam pojęcia co się działo. Czy tylko Bloom mogła to zrobić? Miała wszystko, koronę, narzeczonego, liczną armię. Jej celem było tylko to, żeby mnie zniszczyć?
A może to jednak nie ona?
- Nie wiadomo, może to wcale nie była Bloom - Roxy chciała mnie uspokoić, ale sama była zdenerwowana. Jeszcze nie tak dawno królowa Domino była dla niej wzorem do naśladowania.
- Może... - odpowiedziałam i nagle coś przyszło mi do głowy. Nie, nie mogłabym zmartwić różowowłosej. Sama w to nie wierzyłam. Mimo wszystko miałam cichą nadzieję, że to dawna liderka Winx podesłała mi ten anonim i spowodowała mój wypadek.
Nie chciałam wierzyć, że wróciły. Że to zrobiły one. To nie było możliwe, nie.
A jednak.

W szpitalu nudziłam się, tak naprawdę nie miałam co robić. Najchętniej ciągle spałabym, żeby o niczym nie myśleć, niestety nie było takiej możliwości. Najweselsze momenty były wtedy, kiedy odwiedzały mnie przyjaciółki. Na szczęście okazało się, że nie byłam sama, mogły mi pomóc, pocieszyć.
Nie chciałam się do tego przyznać, ale cieszyło mnie to, że Klub Winx się rozpadł. Tylko żyłyśmy obok siebie udając, że nadal łączy nas ta sama przyjaźń co kilka lat temu. Wszystkie czułyśmy, że ślub siostry Bloom I kuzyna Sky'a coś zmienił. Żadna z nas nie miała pojęcia co konkretnie. Może Bloom odczuła, że ona nie chce wyjść za księcia Eraklionu? A może to któraś z nas się zmieniła co spowodowało, że już nie czułyśmy tej więzi?
W tej sytuacji znów nieoceniona była Florka. Miałam wrażenie, że tylko ona się starała, by Klub się nie rozpadł. Była gotowa oddać za niego życie. Wieczorami planowała co robić, abyśmy nie udawały wszystkiego, aby Winx nie były tylko fikcją zapisaną w historii. Zapuchnięte oczy po płaczu wywołanym przez kłótnie starannie zakrywała makijażem. Nie była świetną czarodziejką, która zdobywała puchary za walkę na polu magicznej bitwy czy czegoś podobnego, ale była wprost idealną przyjaciółką. Taką po prostu chciało się mieć.
I myśli o przyjaciółce spowodowały, że przypomniałam sobie wydarzenia sprzed roku. Tym razem nie szumiały mi w głowie. Miałam wrażenie, że chcą mi coś przekazać.
“Uważaj, księżniczko.”

W końcu wyszłam ze szpitala. Szczerze mówiąc cieszyłam się jak dziecko. Zrozumiałam, że nie chcę tuta j spędzać więcej czasu. Wyszłabym stąd wcześniej, gdyby nie to, że nie byłoby eliksiru na zaklęcie, który zastosowano w moim kierunku.
Dowiedziałam się, że to było śmiertelne zaklęcie i gdyby nie mój silny organizm, zginęłabym na miejscu.
Udawałam, że o niczym nie wiem. Nie powiedziałam o tym pozostałym, nawet Florze. Za bardzo się bałam. Strach był ode mnie silniejszy.
Niestety ciągle byłam słaba. Czar nieco osłabił mój organizm. Nie było to przyjemnym uczuciem. Miałam wrażenie, że zatajono przede mną prawdę i te zaklęcie było wyniszczające, nie śmiertelne. Wolałabym zostać trafiona i umrzeć, a nie cierpieć.
Całymi dniami leżałam w łóżku rozmyślając. Wprawdzie co jakiś czas wpadała któraś z dziewczyn, ale nie siedziały przy mnie cały czas. Bo co można było ze mną robić? Nie mówiłam specjalnie dużo, nawet moje skromne poczucie humoru gdzieś się ulotniło.
Przez to ciągle towarzyszyło mi poczucie, że wykluczyły mnie z klubu, że obgadują mnie za plecami i śmieją się, że jestem słaba oraz niezdolna do walki. Może trochę przesadziłam, ale z tym pierwszym miałam rację. Wszystko planowały beze mnie.
Kiedy po kilkunastu godzinach nagle stałam się trochę silniejsza, od razu pobiegłam do Flory i poinformowałam ją o swoim wyjeździe na Ziemię. Wiedziałam, że jeśli będzie coś się działo, od razu mnie powiadomi. Musiałam odpocząć od tego wszystkiego. I tak dużo się wydarzyło.

Zgodnie z planami godzinę po tym byłam już w mieszkaniu dzielonym z Hanką. Odetchnęłam z ulgą, kiedy mogłam rzucić się na swoje łóżko. Nie mogłam ukryć swojego szczęścia, że nareszcie znalazłam się w miejscu, w którym mogłam przestać myśleć o Solarii.
Nagle usłyszałam chrobot zamka. Stanęłam w drzwiach pokoju. Tak, okazało się, że to Hanka. I całe szczęście.
- Hanka! - krzyknęłam.
- Vera? - zapytała ze zdziwieniem. Przytuliłyśmy się. - Jak dobrze, że wróciłaś!
Jeden ułamek sekundy zaniepokoił mnie. Wyczułam w jej nastroju fałszywość.
Po chwili wszystko pozornie się unormowało. Nadal się do mnie uśmiechała, tylko jej uśmiech był lekko nieszczery. Usiadłam w kuchni, a ona zaczęła gotować wodę na herbatę. Niby nic specjalnego, ale przez gwizdanie czajnika mogłam chociaż na chwilę oderwać się od swoich myśli. Zastanawiałam się, czy czajnikowi zawsze chce się tak gwizdać, czy robi to z obowiązku pracy.
- Jaką chcesz herbatę?
- Czarną poproszę - odparłam i nagle poczułam się słabo. Znowu coś mnie osłabiało. Myślę, że to niewyspanie, powinnam odpocząć od tego wszystkiego.
- Dwie łyżeczki? - zadała kolejne pytanie.
- Skąd wiedziałaś? - uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Za dobrze cię znam - odparła. W jej oku dojrzałam błysk nienawiści. Odwróciła się, a ja zszokowana oparłam się o stoliczek. Właściwie dlaczego tak się zachowywała? Jak nie ona.
Haustem wypiłam herbatę, podziękowałam i skierowałam się do pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz, po czym wyszłam na balkon. Z niego miałam piękny widok na Gardenii. Nie kuliłam się z zimna mimo padającego śniegu. W końcu byłam czarodziejką słonecznej planety czy tego chciałam, czy nie.
Cicho wróciłam do pokoju zamykając drzwi. Usłyszałam jak zdenerwowana Hanka rozmawiała z kimś przez telefon.
- Czy ty nie rozumiesz, że teraz nasze plany mogą się spieprzyć? - mówiła podniesionym głosem, pewnie myśląc, że nie wróciłam do pokoju. - Wróciła i teraz wszystko pójdzie na marne, cholera! Wcale mi nie pomagasz!
Zamarłam. O czym konkretnie mówiła? Nie znałam powodu ani tym bardziej osoby, z którą rozmawiała. Przez chwilę było zupełnie cicho, starałam się nawet cicho oddychać. Niczego nie było słychać.
- Dobra, muszę zrobić obiad i iść do pracy - powiedziała w końcu Hanka. - Tak, ja też cię kocham.
Stukot butów oddalił się, zrozumiałam, że naprawdę musiała pójść do kuchni I tym razem nie kłamała.
Ale kiedy to robiła, a kiedy nie? I czy znałam tę prawdziwą Hankę?

Spacerowałam po mieście, kiedy usłyszałam aż za bardzo znajomy głos.
- Vera! - krzyknęła postać. Odwróciłam się, w moim kierunku biegła blondwłosa postać. Uśmiechnęłam się szczerze, nie mogłam uwierzyć, że spotkałam ją akurat teraz.
- Liv! - odparłam i od razu się przytuliłyśmy, zdałam sobie sprawę, że nie widziałam jej dosyć długo.
- Kurczę, jak ja się cieszę, że w końcu się widzimy - wypuściła mnie z objęć.
- Ja też - przytaknęłam, dalej się promiennie uśmiechając. Przy niej nie musiałam niczego udawać.
- Wiesz, że sobie kogoś znalazłam? - powiedziała, spoglądając na mnie i moją zdziwioną minę. Roześmiała się. - Tak, ja! W sumie dlatego jestem taka szczęśliwa, staram się zapomnieć o tym co się dzieje w domu. No I wiesz, nie wiem jak u was, ale na Ziemi za miesiąc obchodzimy walentynki.
- Tak, wiem, co to - uśmiechnęłam się smutno. Pamiętałam, że podczas naszych misji przeciwko Czarownikom Roxy zapoznawała nas z ziemskimi zwyczajami I jednym z nich były właśnie walentynki. Przypomniałam sobie, że minęło już pięć lat od tego czasu. Aż zrobiło mi się smutno, że wtedy jeszcze wszystko się układało, a od ponad roku to się rozpada.
- Wiem, że nie uczęszczasz już na studia, ale może zechcesz wpaść na naszą walentynkową imprezę? Wejść mogą praktycznie wszyscy - puściła do mnie oko.
- Nie, raczej zostanę w domu - powiedziałam cicho i spuściłam wzrok.
Nie chciałam jej mówić wszystkiego. O tych czarach i pozostałych rzeczach. Nie byłam stuprocentowo pewna czy mogę jej zaufać.
A tęsknota za Valtorem rozdzierała mnie coraz bardziej, powoli wyniszczałam się psychicznie. Wolałabym nawet wiedzieć, że nie żyje, płakać nad jego grobem. Jednak czułam, że żyje. Tylko wykańczało mnie to, że nie mogę go znaleźć.
- A Liam? - zapytała równie cicho.
- Przecież ma dziewczynę... - odparłam pewnie, nagle prawie potknęłam się czyjś but. “Przepraszam”, odmruknęłam cicho, a Liv zachichotała.
- Nie, zerwał z nią jakiś tydzień temu.
Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Chyba dzisiaj dowiedziałam się naprawdę za wielu rzeczy. Mogłabym teraz pójść do domu i zasnąć, a i tak mówić, że miałam dzień przepełniony wrażeniami.
- Dzisiaj zdecydowanie mnie spotyka za dużo rzeczy - powiedziałam, ale chyba mówiłam to do siebie. Olivia gdzieś się ulotniła.
- Tak, zdecydowanie.
Przeniosłam wzrok z chodnika na osobę stojącą przede mną.
Dzisiaj miałam dobry dzień czy los chciał mi wynagrodzić ostatnie miesiące?


___________________________

Wiem, że beznadziejny i dodatkowo krótki rozdział, ale chciałam już go dodać.
Dla Nory - za to, że potrafisz naprawdę mnie zmotywować - i dla Akali... bo tak. ^^

wtorek, 1 września 2015

#o65. Rozmyślania

#Rebekah #1

Ale mnie ta Elena zdenerwowała. Jakby była zdziwiona, że związałam się z Damonem. Pewnie nie mogła znieść myśli, że miał taką idealną dziewczynę jak ja. Przecież mnie kochał. Dawał mi prezenty, zabierał na wycieczki. Przy czymś takim mówienie tych prostych, beznadziejnych słów "kocham cię" było zbędne. O wiele zbędne.
Tego dnia nie przyszedł do mnie, a miał zabrać mnie nad rzekę płynącą przy Mystic Falls. Taki mały piknik. No to się wściekłam i poszłam do niego.
Damon siedział na krześle. Na stole było rozłożonych mnóstwo papierów, większość pogniecionych. On sam palił papierosa i patrzył w stronę okna nieobecnym wzrokiem.
Sięgnęłam po jedną z kartek. "Wybierz właściwie, Damonie."
- Przestań palić! - powiedziałam ostro.
- Nie możesz mi mówić, co mam robić, Rebeko. - odparł równie nieobecnym głosem.
- Ile razy mam powtarzać, żebyś mówił do mnie Reb! - chciałam warknąć, ale zabrzmiało to jak piśnięcie. Damon uderzył ręką w blat stołu.
- Dość tego! - wrzasnął. - Myślałem, że dopóki nie jesteśmy małżeństwem, mogę spędzać trochę czasu samotnie. Ale nie, ty musisz się rządzić. Wiesz co? Nie chcę takiej żony. Nie chcę żony, która będzie się cały czas wtrącała w moje życie. A teraz wyjdź z łaski swojej, chyba że masz do mnie jakieś bardzo, bardzo ważne pytanie. - zakpił.
Oszołomiona jego wybuchem szybko podeszłam do drzwi i po chwili szczęknęłam zamkiem.
Zanim ruszyłam w stronę domu, popatrzyłam w okno, przy którym stał Damon. Teraz go nie było. Miałam wrażenie, że tylko czekał na moment, by znów stanąć przy nim i się zamyślić.
W końcu wróciłam do domu. Żal do ukochanego mieszał się ze wściekłością na niego. Postanowiłam, że kiedy się spotkamy, musi mi to wyjaśnić. Ten niespodziewany wybuch i ostre słowa. Nawet nie zauważyłam, kiedy do pokoju wszedł mój brat.
- Co, siostrzyczko? - powiedział wesołym głosem, miałam wrażenie, że trochę sztucznym. - Rozmyśla się o tych przykrych, niewesołych sprawach naszego miasteczka?
- Odwal się. - syknęłam. - Właściwie to dlaczego jesteś taki wesoły?
Natychmiast spoważniał, na jego twarzy natychmiast pojawił się smutek. Zdziwiłam się. Czyżby Klaus miał o wiele więcej twarzy niż początkowo sądziłam?
- Straciłem pracę. - powiedział cicho. - Straciłem pracę, bo powiedziałem szefowej, żeby się ode mnie odpieprzyła, bo według niej wszystko robię źle. Ale nie to mnie martwi. Chciałem spłacić swoje długi, które zaciągnąłem. A teraz? Co będzie? Jak ja to zrobię?
"Nie martw się", chciałam powiedzieć, ale sama się martwiłam. Nie chciałam źle dla brata. Nie sądziłam, że jest w poważnych kłopotach. Dużo poważniejszych niż moich.
Nasi rodzice mieli dużo pieniędzy, ale wszyscy wiedzieliśmy, że nie wystarczy na spłatę długów nawet gdyby oddali jemu swoje dwie pensje. Starali się jak mogli, ale to było trochę z dystansem. Klaus był starszy ode mnie, ale nie miał takiej samodzielności jaką by chciał.
Wyszedł z pokoju, a ja znowu, znowu zaczęłam myśleć o narzeczonym. Zastanawiałam się co stoi za jego zachowaniem. Nowa kobieta?
Nie, nie zrobiłby mi tego. Przecież go znam.

#Elena #2

Uwielbiałam to. Mimo wszystko uwielbiałam adrenalinę, która towarzyszyła mi przy wymykaniu się z domu. Uczucie strachu, że opiekunowie mogliby mnie przyłapać było silniejsze ode mnie. A teraz... teraz miałam powód. Mogłabym spotkać Damona, choć i tak nasza miłość byłaby zakazana. Mimo wszystko. Był chłopakiem jednej z najważniejszych osób w Mystic Falls.
Ubrałam się na czarno i odruchowo zaczęłam układać poduszki. Na dyktafonie odtworzyłam nagranie, kiedy spałam, żeby ciotka niczego się nie domyśliła. Zamknęłam drzwi na klucz.
Wychyliłam się przez okno. Kiedy zauważyłam, że nikogo nie ma, delikatnie zaczęłam zsuwać się po rynnie.
Bingo. Udało się.
Dawno tego nie robiłam.
Odsunęłam schowek na narzędzie i wyszłam przez dziurę, którą kiedyś wykułam. Przesunęłam go na dawne miejsce, a dziurę od strony ulicy zatuszowałam jakimiś chwastami.
Zdjęłam kaptur będąc już w dobrej odległości od domu. Odetchnęłam z ulgą.
Było już ciemno, chyba dochodziła północ. Ulice pozornie pozostawały spokojnie jak na tę porę przystało.
Nagle usłyszałam jakieś krzyki. Podbiegłam bliżej. Pewnie jakaś para, pomyślałam. Chłopak wyżywał się na dziewczynie, groził jej nożem.
- Ej, chłopaku, uspokój się! - krzyknęłam.
Ten tylko zamachnął się na mnie ręką, nie zdążyłam zrobić uniku. Uderzył mnie w twarz, konkretniej w nos. Chyba mi go złamał.
Jęknęłam z bólu, ale próbowałam ustać na nogach. Taak, próbowałam to na pewno dobre określenie. Po prostu nie wychodziło mi to. Usiadłam na chodniku próbując zatamować krwawienie.
Usłyszałam łomot i jęk chłopaka. I jakieś kroki. Miałam wrażenie, że dziewczyna stamtąd uciekła i ani na trochę się nie pomyliłam. Ten, który mnie uderzył, po kogoś dzwonił.
- Nic ci się nie stało? - ktoś do mnie przemówił. Całe szczęście, że siedziałam, bo teraz na pewno nie potrafiłabym usiedzieć.
Nie widziałam go dobrze, ale ten głos rozpoznałabym nawet na końcu świata. Przede mną kucnął Damon i oglądał moje złamanie.
- Chyba złamał mi nos. - powiedziałam, nawet nie próbowałam udawać silnej. Może naprawdę wiłam się z bólu, a może chciałam, żeby wziął mnie do swojego mieszkania i się mną zajął, jak w tych romansidłach.
- W takim razie chyba zjawiłem się w odpowiedniej porze, nie? - odparł. Chciałam się zaśmiać, ale ogromny ból dał o sobie znać. Znowu jęknęłam.
- Chodź, opatrzę cię w mieszkaniu. - powiedział i lekko kulejąc, oparłam się na jego ramieniu.

#Damon #3

Jakimś cudem dotarliśmy do mojego mieszkania. Elena udawała, że nie boli jej złamany nos. Lekko mi to zaimponowało, że nie robi z siebie takiej ofiary losu jak Rebekah.
Usiadła w fotelu, trochę zdenerwowana. I ja byłem zdenerwowany. Miałem opatrzyć dziewczynę, której nie dało się oprzeć. Wprost wodziłem za nią wzrokiem i byłem wdzięczny tamtemu zbirowi, że się tam wtedy pojawił. Dzięki temu miałem ją na wyłączność.
Sięgnąłem po apteczkę i poprosiłem dziewczynę, żeby się położyła. Pochyliłem się nad nią i delikatnie zacząłem przemywać jej twarz. Założyłem opatrunek i chwilę jej się przyglądałem, ona też patrzyła prosto w moje oczy.
Po chwili wstała.
- Dziękuję. - szepnęła.
Nie mogłem się jej oprzeć. Pochyliłem się nad nią i nasze usta miały się złączyć, kiedy ona się obróciła.
- Dzięki za wszystko, Damon. Zajmij się Rebeką. - powiedziała ostro i wyszła z mojego mieszkania. Poczułem się jak debil, ale nie żałowałem tego momentu. Wiedziałem już, że każda taka uwaga będzie stosowana tylko z powinności.
Zacząłem myśleć o jej oczach i z taką myślą zasnąłem.

_____________________________

Nie ma to jak pisać jakieś opowiadanie nie znając fabuły. ;)
Na wszelki wypadek przypominam, że moje opowiadanie jest tylko oparte na "Pamiętnikach wampirów", nie ma z nim nic wspólnego. Dziwne, że dodałam je tylko dlatego, że mi zalegało na pulpicie i kusiło, żeby wstawić. I ogólnie dziwnie wyszło. W innym opowiadaniu nie wezmę się za opisywanie uczuć faceta. Za ciężko to idzie.
Nikt nie skomentuje, ja to wiem.