wtorek, 7 czerwca 2016

Ciemność

Rozsiadłam się wygodnie w fotelu. Nawet nie wiedziałam, do kogo należał ten pokój, nie interesowało mnie to. Tak właściwie już tutaj nie mieszkałam, jedynie przychodziłam w odwiedziny czy coś - co jak co, ale to Suza była prawowitą dziedziczką tronu i to ona zasługiwała na luksusy. A ja? Byłam po prostu nikim. Wyrzekłam się wszelkich mocy i nawet, jeśli siedziała we mnie jakaś część Magicalix'u, ta moc nie była zbyt potężna. Wręcz przeciwnie.
Pogrążając się w myślach nie zauważyłam, że już zrobiło się ciemno.
Chwila--
Ciemno?
Na Solarii nigdy nie było nocy!
"A no tak", uświadomiłam sobie. "Przecież nawet Solaria sama nie umie się obronić przed atakami."
Wstałam z fotelu i odruchowo otrzepałam sobie spodnie, po czym podeszłam do stolika, by napić się jakiegoś gazowanego napoju.
I tak jakby wywołałam wilka z lasu...
Przez plac skradali się jacyś osobnicy. Byli ubrani w stroje maskujące, przez co prawie w ogóle nie dało się ich zauważyć. Szybko, ale i cicho dawali sobie jakieś rozkazy. Człowiek stojący na przodzie zrobił gest, który zapewne miał przywoływać ludzi z tyłu. Nieśli oni jakieś niewielkie pudełko, zapewne ciężkie, bo ledwo je utrzymywali.
- Ładuj! - usłyszałam jakiś nieznany głos, to zapewne był ten, który mówił, jednak przypadkowo powiedział coś trochę głośno.
Nagle usłyszałam huk i na chwilę utraciłam słuch. Dlaczego nie zorientowałam się, że niosą coś takiego, co spowodowało, że... brama do zamku już nie istniała?
Co?
Że-że-co?
Nagle usłyszałam głośne "wszyscy niech wyjdą z pokojów, inaczej nie będzie zbyt przyjemnie". Lekko wyjrzałam przez szparę w drzwiach, gdzie zauważyłam sporą grupkę mężczyzn. Byli ubrani w ciemne kolory, a na twarzach mieli kominiarki. Dobijali się do drzwi, za którymi płakała jakaś kobieta. W końcu ktoś je wyważył, a oni przyłożyli jej pistolet do głowy i strzelili.
Osunęła się na podłogę, a wokół niej coraz bardziej powiększała się plama krwi.
Szybko zamknęłam drzwi na wszystkie zamki, później opierając się o nie przerażona.
Usłyszałam gwałtowne pukanie do jakichś bocznych drzwi. Ocknęłam się z transu i otworzyłam, szykując się na śmierć.
Za drzwiami stała zdyszana jak nigdy Flora.
- Chodź, schowamy się za szafą - powiedziała cicho, ale z dziwnym wzrokiem, bardzo przestraszonym, i uporem, którego jeszcze chyba nigdy nie miała. Odsunęłyśmy razem szafę, wchodząc w jakiś schowek, po czym zasunęłyśmy ją znowu. Spojrzałam na nią pytająco, jednak ona położyła tylko palec na ustach.
Usłyszałyśmy wołania, byśmy otworzyły drzwi, ale żadna z nas nawet nie drgnęła. Flora jakby spazmatycznie złapała oddech.
Drzwi zostały wyważone. Dało się usłyszeć jakieś szuranie, charakterystyczne dla ciężkich butów - w końcu wiedza zdobyta na studiach mogła się w jakimś stopniu przydać.
- Jeśli nie wyjdziecie stamtąd, gdzie się ukrywacie, zostaniecie zabici - oznajmił donośny głos, zapewne informujący o tym po raz n-ty.
- Tutaj biegła ta pyskata, co zabiła kilku naszych. Musi się gdzieś ukrywać - warknął kolejny.
- Ale nigdzie jej tu nie ma! - powiedział inny. - Możemy przeszukać cały pałac, ale później się wycofamy. Musimy ją zabić. I musimy zniszczyć Solarię, czyż nie?
Nikt nie odpowiedział, tylko można było usłyszeć oddalające się kroki.

Cisza. Cały czas panowała ta śmiertelna cisza. Od czasu naszego wyjścia ze zniszczonego zamku Flora nie odzywała się. Szczerze mówiąc martwiłam się o nią, i to bardzo. Wyglądała dosyć mizernie, poza tym w głowie dźwięczały mi słowa "tutaj biegła ta pyskata, co zabiła kilku naszych".
Chodziło o nią? Byłaby zdolna, by zabić kogokolwiek?
Nigdy nie sądziłam, że znam ją bardzo dobrze, jednak myślałam, że chociaż po części mogłabym stwierdzić, jaka jest.
Nagle się odezwała, znowu cicho:
- Stella. Nie patrz w lewo.
- Dlaczego? - popatrzyłam prosto na nią.
- To są ludzie, którzy nie zasłynęli niczym dobrym - zaśmiała się gorzko. - A jeśli przyciągniesz ich uwagę, nie będziesz miała spokoju przez długi czas.
- Skąd wiesz? - do głowy nie przychodziło mi nic innego poza pytaniami.
- Bo wiem - odpowiedziała spokojnie. - Chodź ze mną, przeteleportujemy się na Ziemię. Musimy spotkać się z dziewczynami i ustalić dalszy plan działania.
"Jaki dalszy plan, Flora? Może być jakiś dalszy plan? Nie, żebym nie wierzyła w Solarię... ale cholera, jak mnie irytuje przemieszczanie się pomiędzy wymiarami. Wydaje mi się, że wolałabym prowadzić życie na Ziemi jako zwyczajna dziewczyna, po prostu sobie studiować i..i.."
Jakoś nie chciałam kończyć tej myśli, bo czułam, że w przeciwnym wypadku nie mogłabym powstrzymać łez.

Nie zgodziłam się na to spotkanie. Poszłam do lasu na spacer - tak, wiem, że w każdej chwili mogło czyhać na mnie niebezpieczeństwo. Ale nie obchodziło mnie to, nawet nie wiedziałam czy cokolwiek mnie teraz obchodzi.
To nie ma sensu. Nic z tego nie ma sensu.
Powinnam prowadzić takie życie jak dwa lata temu, prawda? Może do niczego by wtedy nie doszło?
Nie, jestem idiotką, że się tak zadręczam. To nie moja wina.
Nie, jednak moja. (#typicalwoman)
Przerwałam te rozważania ze świstem nadchodzącej kuli. Panicznie zaczęłam szukać jakichś krzaków, za którymi mogłabym się ukryć, co udało mi się znaleźć. Schowałam się za nimi i przyłożyłam ucho do ziemi. Usłyszałam jakiś szybki bieg i strzał, który go przerwał.
Skuliłam się. Tak nienawidziłam tego dźwięku pociągania za spust i wystrzału.
Poza tym cała ta wojna była taka nierealna.. a może tak mi się jedynie wydawało?
- Zabiliśmy sukę - usłyszałam. - Jeszcze cztery i pozbędziemy się problemu.
Po całej wieczności, a może tylko po krótkiej chwili, upewniłam się, że odeszli i wyszłam zza krzaków, prawie potykając się o trupa. Mimowolnie spojrzałam w dół.
Zamarłam.
To nie jest jawa, tylko jakiś koszmar, błagam, chcę się obudzić...
"Nie, Stello, to jest jedynie zły sen, spokojnie", uspokajałam się.
Nie mogłam jakoś wymazać z pamięci widoku zabitej Tecny.

- Jesteś pewna, że to była ona? Widziałaś jej znak szczególny na ramieniu? Miała różowe włosy? Wiesz, gdzie ją zastrzelili, w którym miejscu?
Na wszystkie pytania kiwałam twierdząco głową, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Z każdym kiwnięciem głową łzy coraz bardziej napływały mi do oczu. Nigdy nie byłam w bliskich relacjach z Tecną, jednak nie zmieniało to faktu, że coś tam o sobie wiedziałyśmy, no i byłyśmy razem w jednym klubie. Wiadomo, współpraca była nieodłącznym elementem naszych kontaktów.
- Cholera, to wszystko komplikuje.
Moja rozmówczyni zaciągnęła się i po chwili wypuściła dym z ust. Nie powiem, bym przepadała za zapachem papierosów, jednak nie zwracałam na to wtedy większej uwagi. Ważne jest to, że znalazła dla mnie czas i mnie wysłuchała. Nie musiała tego robić, za co byłam jej bardzo wdzięczna.
- Co? - odparłam nieco nieprzytomnym głosem, jakbym jej w ogóle nie słuchała. A przecież to robiłam.
- Mówiłaś mi przecież o tym, że chcesz dostać się na Domino... wiesz... - zaczęła ostrożnie, a ja poczułam, jakby ktoś wbił mi garść szpilek w serce.
Nienawidziłam, gdy ktoś przypominał mi o jego postaci. Jego włosach, uśmiechu. Nienawidziłam siebie samej za to, że jestem niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu, by go odnaleźć. Jestem nikim, zdradziłam ukochaną osobę. Kto wie, czy właśnie teraz nie czeka na moją pomoc, gdziekolwiek jest?
- Dalej chcę - powiedziałam przez zaciśnięte gardło.
- To dlaczego tego nie zrobisz? - białowłosa wlepiła we mnie swój wzrok. Nie wytrzymałam, przegrałam tę bitwę wzrokową kierując go na ścianę.
- On jest naprawdę ważny... - szepnęłam. - ...ale nie mogę ot tak zostawić Solarii...
- Ale wiesz, że prędzej czy później będziesz musiała wybrać? - zapytała. W końcu odważyłam się odwrócić wzrok na nią. Kiwnęłam głową.

- Zrozumiałaś, suko? - usłyszałam, jak ktoś syknął mi do ucha. Inna osoba trzymała mnie za ręce, bym nie mogła się wyrwać. Zresztą, i tak bym tego nie zrobiła, byłam bezsilna. Poddałam się.
- A co bym miała zrozumieć? - słabym głosem odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Szybko tego pożałowałam. Ten, który syknął, uderzył mnie w twarz. Tak po prostu. Młodą dziewczynę. Później znowu oberwałam, tym razem w brzuch, aż skuliłam z bólu. To uczucie było nie do opisania. Myślałam, że mnie rozerwie.
- Zła odpowiedź - odparł z sarkastycznym uśmieszkiem, po czym dostałam klapsa w tyłek. Pisnęłam. Kto tak mnie traktował?
W końcu dotarliśmy na miejsce, do jakiegoś starego, odrapanego budynku. Szybko zorientowałam się, iż to tylko pozory, ponieważ wnętrze było dosyć zadbane. Zeszliśmy do piwnicy, która z wyglądu nieco mi przypominała więzienie - chociaż może to było tylko takie wrażenie. Zamiast krat stała niezliczona ilość drzwi. Osoba trzymająca moje ręce ścisnęła je jeszcze mocniej. Po decyzji, gdzie mam trafić, wepchnięto mnie do pomieszczenia prosto na podłogę, gdzie leżał tylko materac i wisiała lampka ze słabym światłem. Czułam się strasznie, byłam cała obolała. Nawet nie wiedziałam, kto mnie tutaj zabrał i za co.
Po kilku minutach do pokoju wszedł jakiś mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Zamknął drzwi na klucz i włożył go do kieszeni. Przykucnął naprzeciwko mnie.
- Jesteś bardzo ładna, wiesz? - powiedział. Zamarłam. To ten sam mężczyzna, który kazał mnie zabrać z ulicy. Ot tak.
Odsunęłam się od niego.
- Dalej nie rozumiesz? - chwycił mnie za rękę, tym samym blokując moje ruchy. Usiadł na moich nogach.
- Nie możesz się ode mnie odsunąć? - odparłam najdelikatniej jak potrafiłam, próbując ukryć obrzydzenie. Dlaczego dobiera się do mnie obcy facet i to jeszcze taki, który mnie przed chwilą wyzywał?
- A co się stało? Czyżbym się tobie nie podobał?
Kiwnęłam twierdząco głową.
- To masz problem, bo ty podobasz mi się. I to bardzo.
Popatrzył na mnie uśmiechem, który chyba miał być seksowny, ale dla mnie był obleśny.
Rany.
Co się właśnie dzieje?
Zaczął mnie całować, a ja miałam ochotę wymiotować. Nie miałam ochoty na to, chciałam, by to Valtor mnie całował, nie on. Pocałunkami zsuwał się coraz niżej, co mnie obrzydziło do tego stopnia, że najzwyczajniej w świecie go odepchnęłam. Ja, bezsilna w tamtej chwili istotka.
Wiedziałam, że to nie skończy się dobrze.


__________________

Znowu długa przerwa, tak jakoś nie mogłam sobie znaleźć chęci do napisania tego rozdziału. Zresztą, i tak wyszło mi dosyć marnie, niecałe 1600 słów... ale musiałam to już dzisiaj dodać.

Ktoś jest ciekawy dalszego ciągu i o co tu w ogóle chodzi? Polecam czekać na następny rozdział. Tak, wiem, ostatnio ciągle słyszę, że jestem wredna.

No i - o czym zorientowałam się dopiero teraz, nah - No-Ideal w połowie marca miało swoje drugie urodziny! Naprawdę wytrwałam tak długo? 

PS. Jessica wróciła do kariery piosenkarki! W połowie maja wydała nowy album, który jest świetny, uwielbiam jej oryginalny głos! *-*

poniedziałek, 22 lutego 2016

Nie ufaj nikomu.

Patrzyłam na karteczkę jak oniemiała. Jaki plan A? Istniały jeszcze inne możliwości? Najbardziej bałam się, że chodziło o mnie lub kogoś ze mną powiązanego. Chyba nic innego nie przychodziło mi do głowy.
Wiedząc, że i tak nie uniknę spotkania z Hanką, postanowiłam zostać w mieszkaniu. Pomyślałam o tajemniczej kopercie ze zdjęciami. Zaczęłam układać je chronologicznie. Młoda dziewczyna z przyjaciółmi, z rodziną, prawdopodobnie z chłopakiem. Zaczęły się pojawiać zdjęcia, na których imprezuje. A później zdjęcia ze szpitala, było ich coraz mniej. Na ostatnim dziewczyna miała całą twarz oklejoną bandażami.
Wciąż zastanawiało mnie kto to jest, bo na pewno nie Hanka. Wyglądała zupełnie inaczej, tak jakby nie z tego świata. Jedno zdjęcie szczególnie mi się spodobało - wyglądała na nim zupełnie jak księżniczka. Piękna, jasnoniebieska suknia wyglądała jak typowa ślubna, sięgała do podłogi. Jej ręce zakryte były białymi rękawiczkami ponad łokieć. Jej twarz wydawała się być bez grama makijażu, poza kreskami eyelinerem i delikatnym błyszczykiem. Miała bardzo jasne włosy rozwiewające się na wszystkie strony, jednak to tylko dodawało efektu zdjęciu. Śmiałymi, szarymi oczami patrzyła wprost w obiektyw. Unosiła się lekko nad ziemią.
Ale bardzo mi kogoś przypominała. Nie mogłam sobie tylko przypomnieć kogo.
"Piękna", pomyślałam i odłożyłam zdjęcie na bok.
Znalazłam jeszcze jedno, które mi się spodobało. Siedziała na oknie najwidoczniej pogrążona w myślach. Ale coś innego przykuło moją uwagę.
Zrobiłam zdjęcie elementu, który mnie zainteresował, i przybliżyłam je do granic możliwości.
Na jej małym tatuażu widniały literki D-I-S.
Darcy, Icy, Stormy. Trix.
Czyli pewnie trzymała z nimi jakiś sojusz lub robiła coś podobnego.
"Nie do wiary", przemknęło mi przez myśl. "W końcu... wszystkie niepozornie wyglądające osoby są szpiegami lub osobami powiązanymi z czarną magią. Aż dziwne".
Te dwa zdjęcia ukryłam w szufladzie, pod jakimiś gazetami - resztę schowałam do koperty i zostawiłam ją pod bałaganem pod łóżkiem.
Czując, że dzisiejszy dzień jest w stanie wiele zmienić, potrzebowałam małego odprężenia. Zagranie w internetową gierkę na pewno zdołałoby mnie odprężyć.
Włączyłam sobie internetowe radio, po chwili grę. Nagle stało się coś, czego się zupełnie nie spodziewałam.
To był przypadek... nie tego typu, kiedy śpiewają syreny.
W moich oczach pojawiły się łzy.
Nawet nie zauważyliśmy, gdy zaczęliśmy się kruszyć.
Odruchowo odwróciłam głowę.
Powiedz mi, czy nigdy nie czułaś się delikatna i niewinna?
Czy wciąż wątpisz, że nasza wiara ma jakiś sens?
Uwielbiałam śpiewać tę piosenkę razem z Valtorem. Spędzaliśmy całe popołudnia, a nawet i dnie, na magicznej łące, gdzie nikt nas nie słyszał ani nie widział. Oboje fałszowaliśmy, ale nikomu to nie przeszkadzało. Zaś kiedy ściszaliśmy swoje głosy i śpiewaliśmy cicho, ciężko było fałszować. Chłopak nie lubił tego, wtedy nierzadko był w stanie zasnąć. Lubiłam go w ten sposób drażnić.
Powiedz mi, czy mają sens niekończące się kłótnie, by się przełamać?
U nas miały. Wprawdzie nie zdołaliśmy się poznać tak dobrze, wystarczająco dobrze. Rozdzielenie nas wystarczająco to utrudniło. Gdybym chociaż miała z nim kontakt, gdybym mogła... nie wiem, jakoś z nim rozmawiać, może nie tęskniłabym aż tak bardzo...
Gdyby... jakie to puste słowo.
Ciągle ktoś przegrywa, bo nie ma drogi powrotu.
Chciałabym wrócić do tamtych wakacji. Mimo że moje szczęście trwało niedługo, było wspaniale. Zaczęłam inaczej patrzeć na świat. Przecież wcześniej byłam stereotypową blondynką.
Zniszczyłam laboratorium chemiczne w szkole i przez to nie zdałam. Przez to, a raczej dzięki temu poznałam świetne dziewczyny, które stały się moimi pierwszymi prawdziwymi przyjaciółkami. Założyliśmy Klub Winx i poznałam Brandona... kiedy go widziałam, mocniej biło mi serce. Jednak nikomu nie chciałam się przyznać, że po historii z księżniczką Amentią coś zaczęło się walić. Nie czułam do niego tego samego co kiedyś. A może nigdy nie byłam w nim zakochana? W końcu tyle okłamywałam nawet samą siebie, że zaczęłam wierzyć w swoje kłamstwa i może to mnie zgubiło.
Liczyły się dla mnie tylko ciuchy i bycie na topie. Miałam wszystko to, czego wtedy pragnęłam. Umiałam być chłodną suką bez uczuć. Wyśmiewać się ze wszystkiego i ze wszystkich. Żałowałam, że nie zostawiłam sobie tej umiejętności. Uczucia mnie osłabiły.
Patrząc na Twoje zdjęcie zdaję sobie sprawę, że wszystko jest w przeszłości.
Bo takie było. Wszystko. Dwa lata temu nie pomyślałabym, że mogę żyć inaczej. Nie widziałam tego wszystkiego, co odkryłam później. Pozwalałam Bloom nieudolnie rządzić w Klubie, pozwalałam pozostałym przegrywać walki. Bycie tą najładniejszą, jedną z największych gwiazd Winx zupełnie mi wystarczało.
Nigdy nie czułam się aż tak samotna... Chciałabym, żebyś wyznał mi miłość.*
Koniec. Nie wytrzymam więcej. Nie zdołam. Wyłączyłam internetowe radio i zamknęłam klapę laptopa. Zsunęłam się po łóżku.
Dlaczego jestem taka słaba myśląc o uczuciach? Dlaczego ciągle myślę o Valtorze?
Mogłam nie wydawać tamtej imprezy urodzinowej, wtedy może do teraz byłabym z nim..
Rany, Stella, dosyć.
Usiadłam po turecku na łóżku i zastanawiałam się, co dalej, jak to dalej będzie wyglądało. Nie miałam pojęcia co się dzieje, wszystko przemykało obok mnie, toczyło się beze mnie. Miałam wrażenie, że tylko ja jestem zagubiona w wirze wydarzeń.
Chciałam się komuś zwierzyć i kiedy już miałam ochotę zdusić tę chęć w sobie, odszukałam pewną osobę w kontaktach i zadzwoniłam.
- Tu Liv...

- Po prostu mam wrażenie, że wszystko się sypie. Bloom została królową Domino i wypowiedziała nam wojnę... a ja mam wrażenie, że to wszystko mnie przerasta i nie umiem sobie z tym poradzić... - mówiłam siedząc na wygodnej kanapie Olivii.
- Kurczę, tak jakby wszystko się obracało. Kiedy ja byłam nieszczęśliwa, ty wprost promieniałaś - powiedziała po chwili namysłu.
Nad czymś jeszcze się zastanawiała, w czym nie chciałam jej przerywać. Po chwili odezwała się.
- No ale dlaczego odrzucasz Liama? W końcu jest opiekuńczy, sympatyczny, no i przede wszystkim przystojny. Gdyby nie Jason, sama bym się za niego wzięła.
Zaśmiałam się, jednak trwało to tylko chwilę.
- Ale jest Valtor - odparłam, czym chyba ją zdenerwowałam.
- Dziewczyno! - zbulwersowała się. - Nawet nie wiesz czy żyje! Sama wiesz jak traktują więźniów na Solarii. Równie dobrze może leżeć w bezimiennym grobie, a ty czujesz, że żyje, bo tak. Proszę, żyjmy teraźniejszością, nie przeszłością.
- I dlatego mam zamiar go odnaleźć - palnęłam bez chwili zastanowienia. Tak naprawdę wcale nie byłam tego pewna. W końcu mogłam odnaleźć jego grób, tak jak wspomniała Olivia. Mimo to nie chciałam tego do siebie dopuścić.
Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami. Wyglądała komicznie.
- Żartujesz, prawda? - zapytała szczerze zdziwiona. - Jak masz zamiar to zrobić?
- Nie mam pojęcia - odparłam. - Prawdopodobnie będę musiała cofnąć się w czasie.
- Ale ja nie chcę cię stracić - wyznała. - Jesteś dla mnie naprawdę ważna, jeszcze nikomu nie zaufałam tak jak tobie.
- Wiesz... Gdybym mogła cofnąć czas, wyjechałabym z Valtorem i prawdopodobnie nigdy byśmy się nie spotkały. Chcę cofnąć się w czasie, ale w umyśle. Nie będę mogła zmienić biegu wydarzeń, ale przynajmniej to zobaczyć.
- I... gdzie to zrobisz?
Popatrzyłam na nią smutno.
- Te zaklęcie istnieje tylko w księdze na Domino.
Zakryła usta ręką.
- Chyba nie chcesz wybrać się na samobójczą misję? Od razu rozpoznają w tobie księżniczkę!
- Przecież to nie ja jestem księżniczką - uśmiechnęłam się sarkastycznie - tylko Suzanne. Wejdę tam jako cywil. Nie bój się, dam sobie radę.
- Powodzenia - powiedziała cicho i w końcu zdecydowałam się wyjść z jej mieszkania.

Wróciłam na Solarię. Zabawne. W ostatnich miesiącach wręcz podróżowałam między nią a Ziemią, tak jakbym nie umiała wybrać jednego miejsca zamieszkania.
Tak jakbym nie umiała się zdecydować.
Wiedziałam, że nie umiałabym wybrać żadnego z tych światów.
Na Solarii miałam wszystkie wspomnienia, Florę, Roxę, Suzanne i chcąc nie chcąc, królewski tron.
A na Ziemi miałam Liv, beztroskie życie i Liama, który coraz bardziej przypominał mi kogoś.
Stanęłam odważnie przed drzwiami zamku. Cholera, zaczęłam coraz bardziej panikować. W końcu byłam tchórzem. Nie umiałam ot tak wszystkiego załatwić.
Zwłaszcza, że przed drzwiami zobaczyłam Brandona. No, gorzej nie mogło być.
- Co ty tu robisz? - próbowałam sprawić, aby mój głos był jak najmniej piskliwy.
- Załatwiam swoje sprawy na Solarii - uśmiechnął się krzywo. Nie miałam pojęcia jak ten uśmiech mógł kiedyś na mnie działać.
- Co, może to wiąże się z podłożeniem bomby? - odparowałam.
- Jeśli miałbym was zabijać, zrobiłbym coś o wiele gorszego - zaśmiał się sarkastycznie. - Nie, w imieniu mojej narzeczonej podpisywałem warunki zawieszenia broni.
- Y, jak to? Do kiedy? - zasypałam go pytaniami.
- Specjalnie dałaś mi taki traktat i nie pamiętasz do kiedy? - nie mógł powstrzymać śmiechu. - To prawda, że blondynki są głupie.
- Sorry not sorry, ale przez cały czas przebywałam na Ziemi - uśmiechnęłam się złośliwie. - Najwyraźniej zapomniałeś, że mam siostrę bliźniaczkę - prychnęłam i otworzyłam drzwi zamku.
I jeśli wystarczająco dobrze się skupiłam, to właśnie przemknęło mu przez myśl zdanie "to wszystko by wyjaśniało...". Ale co?
Powoli zaczynałam się w tym wszystkim gubić i nie, wcale nie były temu winne moje blond włosy.

- Hello, it's me.. - usłyszałam nucenie Suzanne, co trochę mnie zdziwiło. Czyżby wróciła już do pałacu? Przecież jeszcze wczoraj Flora powiadomiła mnie, że wyjechała ze swoim narzeczonym. To było... dziwne.
- Suza? - zdziwiłam się.
- Co się dziwisz? - odparła, obracając się w moją stronę. Nie wyglądała w tej chwili na zdrową psychicznie osobę.
- Podobno wyjechałaś... - zająknęłam się, równocześnie cofając się w stronę drzwi.
- Teraz tak łatwo mi się nie wymkniesz, suko - syknęła. - Randix!
Zobaczyłam, jak przemienia się we wróżkę. Miała na sobie krótką, czarną sukienkę, czarne botki i szare skrzydła, zaś rękawiczki były białe. Krótkie włosy okalały jej twarz, na której znajdował się makijaż. W dłoni trzymała niewielką różdżkę.
- Magicalix - szepnęłam, w duchu modląc się, aby moc zadziałała. Co prawda niby się jej wyrzekłam... ale planowałam zacząć nowe życie na Ziemi, zrywając wszelkie kontakty z magicznym wymiarem.
Nagle poczułam obejmujące mnie silne siły i szybką zmianę wyglądu. Tak, udało się.
- Co ja ci zrobiłam? - powiedziałam do Suzy, jednocześnie broniąc się przypadkowym zaklęciem obronnym.
- Ty jeszcze się pytasz co mi zrobiłaś?! - krzyknęła. - Odbiłaś mi narzeczonego!
Co?!
Cisnęłam w nią potężne zaklęcie i nie mogąc się już utrzymać po prostu upadła na ziemię.
- Jakiego narzeczonego?
- Widziałam was razem, widziałam, oboje mnie zdradziliście - zaczęła szepczeć jakby w gorączce.
"Szkoda, że akurat nie ma Flory."
Położyłam dłoń na jej czole i wtedy odkryłam, że jest pod wpływem silnego zaklęcia. Pewnie znowu Trix, nie wierzę. Tak bardzo potrafiły namieszać w życiu Winx. W sumie pod pewnym względem byłam im bardzo wdzięczna, ale nie potrafiłam zapomnieć im, ile razy próbowały nas po prostu zniszczyć.
Podniosłam siostrę do góry i położyłam ją na fotelu. Było widać, że zasnęła.
Uh, chyba bardziej muszę przygotować się na wtargnięcie do pałacu na Domino.

- Księżniczko? - usłyszałam. Odwróciłam się w stronę chłopaka. Może to było dziwne, ale lubiłam na niego patrzeć. Sprawiało mi przyjemność patrzenie na jego złagodniałe rysy, na mocne spojrzenie, na jakieś drobne detale, które pozornie nie miały ze sobą związku.
- Tak? - spytałam, wciąż się w niego wpatrując. Teraz nasze twarze dzieliły jedynie centymetry.
- Jak myślisz, co będzie, jeśli musielibyśmy stąd uciec?
Zupełnie zbił mnie z tropu tym pytaniem. To było jakoś ponad wszystko. Musieliśmy? Nie. Wszystko układało się jak najlepiej. Udało nam się zakończyć wojnę, która skończyła się naszą wygraną. Teraz brzmiało to tak banalnie, ale tyle łez i krwi wylała Solaria, że wydawało się to wręcz niemożliwe. Poza tym mój związek się układał, a Klub znów zaczął istnieć. Mogło być coś piękniejszego?
- A musielibyśmy? Przecież wszystko jest dobrze... - wyszeptałam. Podsunął się do mnie jeszcze bliżej i zaczął mówić tak cicho, że gdyby nie mówił wprost do mojego ucha, mogłabym to czytać tylko z ruchu jego warg.
- Pamiętaj, że nawet gdyby próbowano nas rozdzielić, zawsze będę o tobie pamiętał, nigdy nie pokocham kogoś innego niż ciebie.
Nagle poczułam się nieswojo. Chwyciłam go za rękę i pociągnęłam za sobą, aż oboje zaczęliśmy biec. W końcu, gdy poczułam się bezpiecznie, krzyknęłam "Teleportacja!".
Przenieśliśmy się do tej jakby jaskini, tej samej, w której wyznał mi ten straszny sekret... Kolaboracja z wrogiem... Spróbowałam o tym nie myśleć i po prostu usiadłam na jego kolanach, równocześnie obejmując jego szyję.
- Dlaczego to powiedziałeś? - zapytałam. Oboje wiedzieliśmy, że jesteśmy tu bezpieczni i nikt nie ma możliwości nas zobaczyć, a tym bardziej podsłuchać.
- Mam nieodparte wrażenie, że ktoś nas śledzi - wyjaśnił. - I szczerze, wcale bym się temu nie dziwił. To byłaby niezła sensacja - dawny antagonista w związku ze znaną księżniczką.
- Trudno jest się oprzeć złemu mężczyźnie, kiedy jest się dobrym człowiekiem - zachichotałam. - Nie to, żebym była taka dobra, ale ten cytat utknął mi w umyśle.
- Ale ty przecież nie byłaś taka łatwa, zapomniałaś? - uśmiechnął się. - Byłaś dla mnie wyzwaniem. Pierwszą osobą, która nie przylgnęła do mnie od razu. - chwilę jakby się zastanawiał. - I fakt, dla mnie nie jesteś dobra... tylko najlepsza.
Po chwili zaczęliśmy całować się tak zachłannie, jakby nie było jutra.
I dobrze, że to zrobiliśmy, bo tego jutra już nie było.



*Tatu - 'Show me love'

_____________________


Witajcie!
Zdaję sobie sprawę, że No-Ideal świeci pustkami od kilku miesięcy. Ostatnie dwie notki nawet nie były rozdziałami. Zawaliłam, wiem. Mam bloga po to, by go prowadzić, a nie wrzucać coś trzy razy w roku.
Dzisiaj taki rozdział, dosyć krótki, ale myślę, że jak na razie jest wystarczający. Może ktoś się domyśli, o co chodzi w ostatniej części?
To tyle, do zobaczenia.