czwartek, 31 grudnia 2015

Happy New Year!

Raczej i tak nikt tego nie przeczyta, no ale dla mnie liczy się chociaż to, że to zrobiłam.
Tak więc.

Życzę wszystkim szczęśliwego Nowego Roku, wiadome. Spełnienia wszystkich marzeń, nawet tych najbardziej niemożliwych. Zdrowia, bo bez tego jest ciężko żyć. I szczęścia. :)

Nigdy nie byłam dobra w składaniu życzeń, ale... huh, dobre i to.

Niestety nie znalazłam nic do wstawienia, więc ta notka chyba będzie jedną z najkrótszych na tym blogu. Przynajmniej się odezwałam.

Do zobaczenia! x

_
01.2017: A teraz zła Kati nawet znaku życia nie daje.

czwartek, 29 października 2015

Info etc.


(c) rossattiee

Witajcie. Uh, w sumie kogo miałabym tutaj powitać? Zdaję sobie sprawę, że przez moje wolne pisanie rozdziałów i ciągłe braki weny prawie nikt tutaj nie zagląda. No cóż.

To o czym chciałam poinformować? A, już wiem. Właśnie rozdziały będą się pojawiały rzadko. Zresztą, gdziekolwiek. Mimo tego, że w realu nie za bardzo mi się wszystko układa, muszę poświęcić trochę czasu wszystkiemu. A wzięłam na siebie tyle obowiązków i zajęć, że muszę podołać. Poza tym jestem w drugiej gimnazjalnej, czyli mam projekt, wypadałoby - a raczej byłoby konieczne poświęcenie jemu nieco więcej czasu. Również trochę doskwierają mi przedmioty ścisłe, z którymi przestaję sobie radzić.

Ogólnie to co u mnie? Właściwie nic, to co zwykle. Masa nauki, tygodnie zawalone kartkówkami/sprawdzianami/itp., poza tym przestaję się wysypiać (nah, to chyba przez weekendy, bo wtedy lubię sobie poleżeć w łóżku i poczytać książkę - w tygodniu raczej nie ma takiej możliwości ;)).
Trochę zdarza mi się pomyśleć nad klasą, wcale nie jest tak idealnie jak myślałam na początku roku. Jedyny plus drugiej klasy to to, że jesteśmy bardziej zgrani niż w tamtym roku. No a w mojej klasie rozwija się rasizm, może i nawet neonazizm. Ciągle lecą szykany w stronę osób, które mają inne korzenie niż polskie (na przykład zaczęto wyzywać mojego kolegę, którego matka jest Ukrainką) i przykre jest to, że sama nie mogę stanąć w jego obronie. Również moi koledzy zaczęli wymyślać wspaniałe "kawały" o Żydach i osobach innych narodowości, nie spodziewałam się, że będę tak boleśnie to odczuwać. Wiadomo, humanistce tak zaangażowanej w historię Polski nie podoba się coś takiego - zresztą, to i tak delikatne określenie. Boję się, co będzie w następnym roku. I co będzie z mojej klasy, bo poza rasistami wychodzi z nich stado typowych gimbusów.
Czasami też czytam swoje stare opowiadania i widzę, że nieco zmienił mi się styl pisania. Myślę, że na lepsze. :)

A, i kiedy zostaną mi ostatnie rozdziały "Pamiętnika księżniczki" (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zostało mi jeszcze siedemnaście rozdziałów - chciałam iść zgodnie z serialem) wystartuję z nowym pomysłem powiązanym z moją OCką, Cat. Szczerze mówiąc chciałabym jak najszybciej zakończyć PK, jednak zdaję sobie sprawę, że koniec serii powinien być efektowny.

To w sumie tyle, wydaje mi się, że napisałam tę notkę, by nie było zbyt pusto.
Cya, dzięki za przeczytanie! :>

sobota, 10 października 2015

Wierzysz w przeznaczenie?

Przede mną stał Liam. Wyglądał jeszcze lepiej niż wtedy, kiedy ostatni raz go widziałam. Blond grzywkę miał lekko podniesioną do góry, był niewiele wyższy i bardziej, hm, umięśniony.
Chwilę patrzyłam na niego wielkimi oczami, ale zdałam sobie sprawę, jak głupio musi to wyglądać.
Zaczęłam iść wymijając go.
- Mycha! Nic mi nie powiesz? - zapytał, zabrzmiało to trochę dziwnie.
- Po pierwsze, nie jestem Mycha, tylko Vera. Po drugie, nie wiem, co miałabym ci mówić - odparłam, nie odwracając się w jego stronę.
Zaczął za mną iść.
- Chciałem zaprosić cię na ten bal walentynkowy... ostatnio rozstałem się z dziewczyną...
- I co, szukasz sobie kolejnej? - znowu ostry ton, nie miałam zamiaru nim mówić, ale rozsądek podpowiadał mi, że powinnam trzymać go na dystans.
- Nie, rozstałem się z nią, bo jej nie kocham - odpowiedział. - Zresztą, myślałem, że mówimy o balu, a nie o podbojach miłosnych.
- No i dobrze, ale i tak nie zamierzam z tobą iść.
- Masz już partnera? - zrobił minę przygnębionego szczeniaczka. Chcąc nie chcąc, odruchowo dwa kąciki ust delikatnie podniosły mi się do góry.
- Nie, nie chcę na niego iść, naprawdę. I z nikim innym nie idę. Walentynki trochę źle mi się kojarzę i wolę je przeczekać - odparłam już normalnym głosem. - Poza tym nie trzyma mnie tu wiele rzeczy, więc chciałabym wrócić do domu.
- Do domu? - był zaskoczony. - Myślałem, że jesteś z domu dziecka czy coś...
Westchnęłam.
- Eh... długo by opowiadać.
- No to opowiesz - powiedział i nie zdążyłam się zorientować, kiedy wciągnął mnie do pobliskiej kawiarni.
We wnętrzu było bardzo ciepło, prawie natychmiast zdjęłam grube ubrania. Musiałam przyznać, że podobało mi się tutaj. Ściany w jednej części pomalowano na pastelowe kolory, a z drugiej na takie jesienne. Dostrzegłam wolny stolik w kącie i poszłam zająć miejsce.
- Chciałabyś coś zjeść albo się napić? - spytał.
- Hm, mogłabym w sumie zjeść jakieś ciacho, a z napojów poproszę gorącą czekoladę - odparłam uśmiechając się, chyba pozytywna atmosfera podziałała i na mnie.
Usiadłam i wyjęłam telefon. Zobaczyłam w powiadomieniach trzy nieodebrane połączenia od Flory i jedno od Roxy oraz jedną wiadomość. Kliknęłam.
Stella, co się stało? Nie ma Cię na Solarii, a toczy się wojna. Domino coraz bardziej zaczyna atakować. Rozumiem, że musisz odpoczywać, ale naprawdę jesteś nam potrzebna! - pisała Florka.
Jedna księżniczka Solarii nie wystarczy? - zapytałam ironicznie.
Odpisała niemalże natychmiast.
Suzanne pojechała na trochę z narzeczonym, prawdę mówiąc przepadła, nie odbiera od nas telefonu. Ale nie stało się nic złego, inaczej któraś z nas by to odczuła.
Proszę, wracaj.

Nie chciałam się do tego przyznać, ale przyjaciółka nieco mnie zdenerwowała. Nie obchodziło ich to, że to ja trafiłam do szpitala, że nie jestem prawowitą księżniczką Solarii i zrzekłam się swoich mocy. Nawet jeśli by powróciły, to prawdopodobnie nie byłabym tak potężna jak kiedyś. Flora dobrze o tym wiedziała.
Nie mogę się wyrwać, nadal jestem osłabiona, o czym dobrze wiesz. Raczej przeszkadzałabym w wcale niż pomagała. Poza tym mam randkę, odezwę się później, cya.
Na to już nie odpisała.
Do stolika przyszedł Liam.
- No i jak, może zaczniesz mi opowiadać o swoim domu?
- Nie mam ochoty, zresztą nie wiem czemu o to pytasz - fuknęłam. Mój nastrój zmienił się momentalnie.
- Widzę, że cię nie przekonam - odparł spokojnie. - Może powiesz mi chociaż, kto sprawił, że nienawidzisz walentynek?
Na chwilę odebrało mi mowę.
- Kiedyś miałam chłopaka - zaczęłam ostrożnie - byliśmy ze sobą długo, później mi się oświadczył. Okazało się, że mnie zdradził i uciekłam z domu, zakochałam się w niegrzecznym chłopaku i... pewnie domyślasz się, co się stało. Niestety wydaliśmy się przypadkiem i rozdzielono nas, a mnie znowu "związano" z narzeczonym. Znowu uciekłam i zaczęłam chodzić na studia, dziwna historia, wiem.
- A ja miałem dużo dziewczyn - błysnął uśmiechem - ale raczej nie ma się czym chwalić. Wieki temu zalecała się do mnie grupka dziewczyn, które uczyłem. Później poznałem pewną dziewczynę, ale musiałem się z nią rozstać. Dawno to było. Nigdy więcej jej nie zobaczyłem, może tylko na okładkach gazet, bo jest bardzo sławna.
- Czyli widzę, że oboje za dobrze nie mamy - powiedziałam i podeszła do nas kelnerka, wręczając zamówienia.
- Zapłacę za siebie - dodałam, ale Liam był szybszy i uregulował rachunek za nas oboje.
- Nie mamy. Ciągle próbuję o niej zapomnieć, ale nie mogę, może kiedyś stracę pamięć i wyleci mi z głowy - zaśmiał się smutno.
- Nie wiedziałam, że kiedyś zakochałeś się tak bez pamięci.
- A co, nie wyglądam na takiego? - uśmiechnął się.
- Wyglądasz raczej na kobieciarza, a nie na romantycznego typka.
- No cóż - błysnął zębami, a ja zaśmiałam się. - Może to i dobrze. Podobno kobiety lecą na takich macho.
- Ty! - podniosłam głos, jednocześnie szturchając go w ramię. - Nie mów, że będziesz podrywać taką Liv czy Hankę.
- Nie wspomniałem o nich - uśmiechnął się, a ja lekko się speszyłam.
- Może... pójdziemy już? Mimo wszystko chciałabym troszkę odpocząć przed wyjazdem - powiedziałam. "Przecież i tak się w tobie nie zakocham", dodałam w myśli.
- Okay - odparł i odnieślimy talerzyki we wskazane miejsce, a ja wzięłam ze sobą gorącą czekoladę, której jeszcze nie dopiłam do końca.
Szliśmy zaśnieżonymi ulicami, coraz się śmiejąc z jakichś żartów rzucanych przez Liama. Polubiłam go. Na szczęście okazało się, że nie jest idiotą, za jakiego go brałam. Takim kobieciarzem.
- Wierzysz w przeznaczenie? - spytał, nieco wytrącając mnie z równowagi.
- Nie... - odparłam trochę niepewnie. - To są brednie, sami tworzymy swój los.
- Nah. Bo tak sobie myślałem, że to wcale nie był przypadek, że się dzisiaj spotkaliśmy.
Przypomniałam sobie swoją rozmowę z Liv.
- To był zwyczajny przypadek, nie mam pojęcia co masz na myśli. Tak się stało i tyle.
W końcu doszłam pod swoją kamienicę. Znajomy uparł się, że koniecznie mnie odprowadzi, a ja nie miałam ochoty protestować.
Nagle złapał mnie za dłoń i trzymał ją dosyć długo.
- Aaa, masz ciepłe ręce od trzymania tej czekolady - powiedział żartem. Kiedy patrzyliśmy na siebie, spojrzałam w jego oczy, pierwszy raz patrzyłam na nie dokładniej.
Nie.
- Dzięki za wszystko i do zobaczenia - wyrwałam się, otworzyłam drzwi i pobiegłam do mieszkania.

Na szczęście nie było w nim Hanki. Cóż, jej obecność od tamtego wydarzenia sprawiała, że nie czułam się bezpiecznie. Rozsądek ciągle podpowiadał mi, żebym jak najszybciej stąd uciekła. Nie posłuchałam go. Usiadłam na łóżku i zaczęłam rozmyślać. Jak to możliwe, żeby...
Usłyszałam brzęk klucza i jakąś rozmowę, więc schowałam się za drzwi... nie wiem, dlaczego to zrobiłam, chyba z jakiegoś odruchu. Chyba bałam się, że Hanka znowu będzie fałszywa wobec mnie, a ja naprawdę tego nie lubiłam.
- No więc, skarbie, wiesz co masz robić - powiedziała do rozmówcy.
- Oczywiście. Mam zarządzać królestwem - zaśmiał się mężczyzna. Zmroziło mnie. Ten głos był dla mnie zbyt znajomy.
Miałam ochotę rzucić się z pięściami na jego posiadacza.
- No i masz opiekować się Bloom, wiesz, ile wycierpiała w ostatnim czasie... chcę, żebyś jej to wynagrodził.
- Kocham ją i przede wszystkim dlatego będę to robił.
- Ale, w każdym razie, co ze Stellą? Przecież byliście zaręczeni, a tu nagle jesteś z Bloom.
- Nie kochałem Stelli, nigdy. Zawsze czułem coś do Bloom, czasami była silna, a innym razem bezbronna. Stellcia i tak znalazła sobie jakiegoś kochasia, który ją rzucił, bo kto chciałby być z takim kimś jak ona - zaśmiał się.
- Podobno się zmieniła. Mimo wszystko nie powinieneś mieć o niej złego zdania, chyba nie jest wredna.
- Niby tak, ale... zniszczyła mnie. Publikowała wszystkie wywiady, w których udzielała szczegółów mojego romansu z Bloom, kompromitowała mnie na każdym kroku. Przez to nie mogę się powstrzymać, żeby nie mówić o niej źle... rozumiesz?
Zakryłam usta dłonią. Jakim cudem? Przecież nigdy nie udzielałam żadnych informacji dziennikarzom, zresztą sama unikałam ich, jak tylko mogłam. Zmyślił to sobie? Przecież to niemożliwe, niemożliwe i jeszcze raz niemożliwe.
Kłamał. Musiał kłamać, nie było innej opcji.
- No rozumiem. Dobra, mam coś do załatwienia. Pamiętaj, że cię kocham, braciszku.
- Ja ciebie też, siostrzyczko. Rób swoje - odparł Brandon, a we mnie aż się gotowało. Wolałabym nie usłyszeć tej rozmowy. Wolałabym żyć w całkowitej niewiedzy, co, jak i dlaczego się stało. Dowiedziałam się, że dokonałam niemożliwego, czegoś, czego nigdy nie mogłam zrobić i wiedziałam, iż teraz... nie odpuszczę sobie, dopóki nie dowiem się, co jest grane.
Kiedy już oboje wyszli, ja także wyszłam z mieszkania, żeby się przespacerować. Miałam odpocząć, ale wiedziałam, że i tak nie zamknęłabym oczu.

Nie miałam pojęcia, gdzie iść. Spotkanie z kimkolwiek z ziemskich znajomych odpadało. Pozostał mi Frutti Bar. Mimo to te miejsce źle mi się kojarzyło, Brandon tyle razy wyznawał mi tam miłość, a teraz dowiedziałam się, iż to były takie dziecinne obiecanki, że zawsze będziemy razem, że nigdy mnie nie opuści. Nigdy.
Nigdy mnie nie kochał.
Ku swojemu zaskoczeniu zobaczyłam, że jest jeszcze zamknięty. Spojrzałam na zegarek. Było dosyć wcześnie, a teraz opłacało się otwierać lokal późniejszymi godzinami, kiedy nie było weekendów. W końcu większość ludzi pracowała lub uczyła się.
Chodziłam po plaży zasypanej śniegiem. Kopałam go, rozrzucając go na wszystkie strony, kiedy znowu natknęłam się na kogoś.
- Sky? - zapytałam. Obrócił się w moją stronę. Wyglądał trochę mizernie z niewielkimi sińcami pod oczami. Ściął swoje długie włosy, dzięki czemu wyglądał trochę doroślej, a nie jak jakiś surfer. Nagle zdałam sobie sprawę, że naprawdę dawno go nie widziałam.
- Stella? Hej, miło cię widzieć - odparł zmienionym głosem. Kucał sobie na śniegu, patrząc na mnie.
- Ja właśnie dawno cię nie widziałam - powiedziałam.
- Któregoś dnia nakryłem Brandona i Bloom, wtedy poprosiłem o przyspieszone nauczanie w Czerwonej Fontannie. Kiedy już je kończyłem, wydał się ich romans, ty uciekłaś, ja zaszyłem się w Heraklionie i nawiązałem kontakt z Diaspro, może dlatego mnie nie widziałaś.
- Jesteście razem? - spytałam i trochę mi się głupio zrobiło.
- Tak, wprawdzie nadal czuję coś do Bloom, ale nie mógłbym z nią być po tym wszystkim - nagle załamał się. - Boże, przecież Brandon był moim najlepszym przyjacielem...
- A Bloom była moją najlepszą przyjaciółką, a teraz już nią nie będzie. Przynajmniej to mamy ze sobą wspólnego.
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
- Nie znalazłaś sobie nikogo? Myślałem, że jesteś z...
- Nie, nie jestem - urwałam mu i przymknęłam na chwilę oczy, bo zaczęły napływać mi do nich łzy. - I pewnie nie będę, znając moje szczęście.
- Wiesz, chciałbym, żebyś była z kimś. Zasługujesz na to - popatrzył w dal.
- Hm, naprawdę tak myślisz?
- Tak. Jesteś bystra i ładna, na pewno to zrobisz. Ale mam do ciebie prośbę. Nie odrzucaj czyichś uczuć, ktokolwiek by to nie był. Jesteś w stanie mi to obiecać?
Byłam wytrącona z równowagi jego prośbą, nie wiedziałam w jakim celu to zadał. Mimo to kiwnęłam głową.
- Nie wiem o co ci chodzi, ale jestem w stanie to obiecać - odparłam niepewnie.
- To dobrze.
I kucaliśmy sobie przy wodzie, zatapiając się we własnych myślach.

Obudziłam się zlana potem. Jakieś głosy szumiały w mojej głowie.
Dlaczego nas zostawiłaś?
Kogo?
Czemu uciekłaś?
Miałam ich wszystkich dosyć.
Nie zachowuj się jak idiotka.
Nie zachowuję się tak...
Jesteś rozpieszczonym bachorem.
Może kiedyś taka byłam, ale...
Dlaczego nie możesz raz w życiu być odpowiedzialna?
Nie jesteś dorosła.
Przyjaciółki o Ciebie nie dbają.

Mój umysł nie potrafił dalej odpowiadać na niekończące się pytania. Wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak. Nie chciałam tak dalej, miałam ochotę uciec stąd, pozbyć się myśli. Zdałam sobie sprawę, że to był mój kolejny atak. Musiałam to wytrzymać.
Jesteś tchórzem.
Nikim.
Zerem.
Czemu nas zawiodłaś?
Co zrobiliśmy nie tak?
Schowaj się, ucieknij, to na pewno pomoże.
Masz odwagę, by żyć?

Nie.

Wstałam czując się jakbym była na kacu. Moje myśli krążyły w różnych kierunkach, nie mogłam skupić się na jednej rzeczy. Chodziłam obijając się po ścianach. Usłyszałam chrobot zamka, tak jakby ktoś go wyłamywał.
Stanęłam w drzwiach.
- Dzień dobry - powiedziałam jakby bełkocząc. Co się ze mną działo? Nic nie wypiłam. Po spotkaniu ze Sky'em wróciłam do mieszkania i zasnęłam, tyle.
- Dobry, przyszłam do Hanki, czy jest w mieszkaniu?
- Nie ma, wyszła do pracy.
- To przekaż jej tę kartkę. I co się z tobą stało? Masz kaca?
- Wczoraj byłam na imprezie i... no - okłamałam kobietę, ale nie widziałam innego wyjścia, nie zrozumiałaby mnie.
Wręczyła mi karteczkę i pożegnała się, po czym wyszła.
Kierowała mną ciekawość, więc postanowiłam ją rozłożyć.
Plan A się nie powiódł.


________________________

Jestem beznadziejna, nawet rozdziału nie potrafię porządnie napisać.
Pytanie Sky'a lekko nawiązuje do mojego ostatniego snu.

środa, 16 września 2015

List

(c) Asia, czasy fcw




Nie. Nie. Nie.

Dziewczyna jeszcze bardziej skuliła się na podłodze. List pisany do narzeczonego wypadł jej z ręki. Łzy spływające jej po twarzy zamazały kilka drobnych literek. Wstała i chwiejnym krokiem podeszła do lustra. Zobaczyła w nim swoje odbicie. Sukienka była poszarpana, w kilku miejscach było widać strzępy, zaś czerwone oczy i łzy nieustannie kapiące z twarzy wskazywały na to, że musiała płakać bardzo długo. Nagle zobaczyła twarz Rivena, wydawało się, że nachylił się nad nią i wyszeptał kilka miłych słów. Tych słów, od których zaczął się ich romans. Tych słów, które zaczęły powoli ją wykańczać. Tych słów, przez które chciała zerwać ze swoją prawdziwą miłością, jak dotąd myślała.

Przestań o nim myśleć...
Odwróciła się, jednak nikt za nią nie stał. Znów pomyślała o narzeczonym, którego chciała zostawić. Wiedziała, że gdyby ktoś dowiedział się o jej romansie z chłopakiem Musy, od razu by ją wytępił. Tak, wiedziała o tym aż za dobrze. Na początku Riven był tylko odskocznią od jej idealnego związku. Teraz nie mogła przestać o nim myśleć. Miała wrażenie, że stał się jej obsesją. Obsesją, która ją niszczyła. Tyle razy obiecywała sobie, że to zakończy, ale kiedy tylko znów go widziała, odsuwała od siebie ten zamiar. Dla niego była gotowa skoczyć w ogień. Była gotowa wyrzec się rodziny, pragnień, nawet siebie.

...bo to kompletnie bez sensu. 
O tym też wiedziała. Spodziewała się, że Riven nie będzie gotów rozstać się z Musą dla niej. Musa miała przyjaciółki, ojca, była inteligentna i miała wiele talentów, a ona... ona była nikim. Zwykłą szmatą, która gotowa była rzucić narzeczonego i na stałe związać się z chłopakiem, dla którego zawsze będzie "tą drugą".

Beznadziejna sprawa.
Wyjrzała przez okno. Właśnie szedł w stronę jej mieszkania. Znowu do niej przyjdzie, zaczną się namiętne wyznania i zdrady poglądów. Skuliła się na łóżku, odwracając głowę. To co robiła było bez znaczenia. Wiedziała, że on nie zerwie ze swoją dziewczyną. Wiedziała, że ją traktuje jak zabawkę, którą porzuci i nikt się o tym nie dowie. Musa dużo dla niego znaczyła, a ona nie wiedziała, czy kiedykolwiek o niej pomyślał jako o kobiecie. Tak naprawdę była zagubionym dzieckiem, które nie wiedziało, czego chce.

Idź spać.
Wpuściła go. Nie była w stanie się jemu oprzeć. Nawet nie rozmawiali, tylko od progu zaczęli się całować, szybko przenosząc się na łóżku. Czuła, że tym razem było to co innego niż kiedyś. Szybko odepchnęła go, kiedy całując ją zsuwał się coraz niżej. Zaskoczony wstał z łóżka i usiadł na krześle, opierając łokcie o kolana. Przyglądał się jej. Pojedyncza łza spłynęła po jej twarzy. Miał się nigdy nie dowiedzieć, co pisała w liście. Jednak stało się inaczej - zasnęła. Riven wyciągnął jej list z dłoni. Zaskoczył się nim, mógł go nigdy nie przeczytać. Dowiedział się, jakie uczucia żywiła do niego. Ostatnie zdanie zapadło mu w pamięci.
Kiedyś Cię kochałam, Helia...

________________________________

Moja pierwsza miniaturka, zachęcona postanowiłam ją dodać.
Mam nadzieję, że nie jest źle jak na pierwszy raz. ^^

środa, 9 września 2015

Uważaj, księżniczko.

(c) Dżoanka, czasy fcw
Miałam wrażenie, że w moich oczach zaświeciły się iskierki. Spojrzałam w lustro. To była prawda tylko po części. Moje brązowe, jak dotąd spokojne oczy płonęły ogniem.
Chciałam się zemścić za to, że Bloom chciała z nami walczyć w ten sposób.
- Musimy działać - powiedziałam, nie wiedząc jednak, co konkretnie mamy robić.
- Ale jak? Zatarli wszystkie ślady. Miele przepadła... - odparła Flora najspokojniej jak tylko potrafiła.
- Nie wiem, ale na pewno musimy coś zrobić. Przez Bloom rozpadłyśmy się. Teraz ona jest naszym wrogiem. Najlepiej byłoby ją pokonać, tak po prostu - wiedziałam, że to nie jest możliwe, ale chciałam jakoś pocieszyć przyjaciółkę.
- Niemożliwe, dlaczego niczego nie zauważyłam? Spędzałam czas tylko z Helią i rodziną w pięknych luksusach. Dopiero kilka dni temu dowiedziałyśmy się, że Bloom ma romans z Brandonem, oświadczył się jej - mówiła nie na temat. Jakoś mnie to nie zdziwiło, że pewnie wezmą niedługo ślub. Są siebie warci.
- Nie dziwi mnie to - odparłam i nie odzywałyśmy się do siebie. Żadna z nas nie wiedziała co mogłybyśmy jeszcze powiedzieć.
Nagle usłyszałyśmy kroki i głośną rozmowę, po czym pukanie do drzwi. Najwyraźniej było odruchowe, bo Suza i tak wparowała do pokoju - no tak, przecież on należał do niej, nawet jeśli rzadko tu przyjeżdżała. Za nią przyszła Roxy. W tej chwili przypominała mi cień. Cień zarówno Suzanne, jak i samej siebie.
- To jak z tym klubem? - zapytała. Tętniła życiem, wyglądała, jakby odrodziła się na nowo. Widziałam w niej siebie sprzed lat, kiedy byłam szczęśliwa. Kiedy miałam wszystko, czego chciałam. A teraz to traciłam. Tak jakby Bloom chciała mi wymazać wspomnienia.
Nie słyszałam o czym rozmawiały. Straciłam nad sobą kontrolę. Silne wspomnienie napłynęło do mojej pamięci. Miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie i to teraz rozstawałam się z Valtorem. Ból głowy był coraz mocniejszy, aż w końcu wybiegłam z pokoju. Niestety przez ból nie dostrzegłam schodów i runęłam na nich jak długa. Próbowałam się zatrzymać chwytając się poręczy, ale ta wpijała mi się w skórę i wykręcała mi ręce. Stoczyłam się na dół. Wokół mnie pojawiła się krew, dużo krwi. Tylko to zapamiętałam przed utratą przytomności.

Obudziłam się otoczona kroplówkami. Moje ciało było owinięte bandażami. Jednak ja czułam się jakoś silniej. Wiedziałam, że ktoś to zrobił jedynie dlatego, by zagłuszyć moje myśli. I wiedziałam kto.
Do pokoju weszła Roxy. Nie była już cieniem, wydawała się być bardziej szczęśliwa niż wcześniej.
- Cześć, Roxy - powiedziałam.
- Witaj, Stello. Jak się czujesz?
- Dobrze, najchętniej wyszłabym ze szpitala. Dlaczego mnie tutaj trzymają? Właściwie co się stało?
- No wiesz... spadłaś ze schodów i straciłaś przytomność. Później ktoś cię zaatakował i zostawił kartkę "Jeszcze cię dopadniemy, suko".
- Kto mnie tak nienawidzi?! - ukryłam twarz w dłoniach. Nie miałam pojęcia co się działo. Czy tylko Bloom mogła to zrobić? Miała wszystko, koronę, narzeczonego, liczną armię. Jej celem było tylko to, żeby mnie zniszczyć?
A może to jednak nie ona?
- Nie wiadomo, może to wcale nie była Bloom - Roxy chciała mnie uspokoić, ale sama była zdenerwowana. Jeszcze nie tak dawno królowa Domino była dla niej wzorem do naśladowania.
- Może... - odpowiedziałam i nagle coś przyszło mi do głowy. Nie, nie mogłabym zmartwić różowowłosej. Sama w to nie wierzyłam. Mimo wszystko miałam cichą nadzieję, że to dawna liderka Winx podesłała mi ten anonim i spowodowała mój wypadek.
Nie chciałam wierzyć, że wróciły. Że to zrobiły one. To nie było możliwe, nie.
A jednak.

W szpitalu nudziłam się, tak naprawdę nie miałam co robić. Najchętniej ciągle spałabym, żeby o niczym nie myśleć, niestety nie było takiej możliwości. Najweselsze momenty były wtedy, kiedy odwiedzały mnie przyjaciółki. Na szczęście okazało się, że nie byłam sama, mogły mi pomóc, pocieszyć.
Nie chciałam się do tego przyznać, ale cieszyło mnie to, że Klub Winx się rozpadł. Tylko żyłyśmy obok siebie udając, że nadal łączy nas ta sama przyjaźń co kilka lat temu. Wszystkie czułyśmy, że ślub siostry Bloom I kuzyna Sky'a coś zmienił. Żadna z nas nie miała pojęcia co konkretnie. Może Bloom odczuła, że ona nie chce wyjść za księcia Eraklionu? A może to któraś z nas się zmieniła co spowodowało, że już nie czułyśmy tej więzi?
W tej sytuacji znów nieoceniona była Florka. Miałam wrażenie, że tylko ona się starała, by Klub się nie rozpadł. Była gotowa oddać za niego życie. Wieczorami planowała co robić, abyśmy nie udawały wszystkiego, aby Winx nie były tylko fikcją zapisaną w historii. Zapuchnięte oczy po płaczu wywołanym przez kłótnie starannie zakrywała makijażem. Nie była świetną czarodziejką, która zdobywała puchary za walkę na polu magicznej bitwy czy czegoś podobnego, ale była wprost idealną przyjaciółką. Taką po prostu chciało się mieć.
I myśli o przyjaciółce spowodowały, że przypomniałam sobie wydarzenia sprzed roku. Tym razem nie szumiały mi w głowie. Miałam wrażenie, że chcą mi coś przekazać.
“Uważaj, księżniczko.”

W końcu wyszłam ze szpitala. Szczerze mówiąc cieszyłam się jak dziecko. Zrozumiałam, że nie chcę tuta j spędzać więcej czasu. Wyszłabym stąd wcześniej, gdyby nie to, że nie byłoby eliksiru na zaklęcie, który zastosowano w moim kierunku.
Dowiedziałam się, że to było śmiertelne zaklęcie i gdyby nie mój silny organizm, zginęłabym na miejscu.
Udawałam, że o niczym nie wiem. Nie powiedziałam o tym pozostałym, nawet Florze. Za bardzo się bałam. Strach był ode mnie silniejszy.
Niestety ciągle byłam słaba. Czar nieco osłabił mój organizm. Nie było to przyjemnym uczuciem. Miałam wrażenie, że zatajono przede mną prawdę i te zaklęcie było wyniszczające, nie śmiertelne. Wolałabym zostać trafiona i umrzeć, a nie cierpieć.
Całymi dniami leżałam w łóżku rozmyślając. Wprawdzie co jakiś czas wpadała któraś z dziewczyn, ale nie siedziały przy mnie cały czas. Bo co można było ze mną robić? Nie mówiłam specjalnie dużo, nawet moje skromne poczucie humoru gdzieś się ulotniło.
Przez to ciągle towarzyszyło mi poczucie, że wykluczyły mnie z klubu, że obgadują mnie za plecami i śmieją się, że jestem słaba oraz niezdolna do walki. Może trochę przesadziłam, ale z tym pierwszym miałam rację. Wszystko planowały beze mnie.
Kiedy po kilkunastu godzinach nagle stałam się trochę silniejsza, od razu pobiegłam do Flory i poinformowałam ją o swoim wyjeździe na Ziemię. Wiedziałam, że jeśli będzie coś się działo, od razu mnie powiadomi. Musiałam odpocząć od tego wszystkiego. I tak dużo się wydarzyło.

Zgodnie z planami godzinę po tym byłam już w mieszkaniu dzielonym z Hanką. Odetchnęłam z ulgą, kiedy mogłam rzucić się na swoje łóżko. Nie mogłam ukryć swojego szczęścia, że nareszcie znalazłam się w miejscu, w którym mogłam przestać myśleć o Solarii.
Nagle usłyszałam chrobot zamka. Stanęłam w drzwiach pokoju. Tak, okazało się, że to Hanka. I całe szczęście.
- Hanka! - krzyknęłam.
- Vera? - zapytała ze zdziwieniem. Przytuliłyśmy się. - Jak dobrze, że wróciłaś!
Jeden ułamek sekundy zaniepokoił mnie. Wyczułam w jej nastroju fałszywość.
Po chwili wszystko pozornie się unormowało. Nadal się do mnie uśmiechała, tylko jej uśmiech był lekko nieszczery. Usiadłam w kuchni, a ona zaczęła gotować wodę na herbatę. Niby nic specjalnego, ale przez gwizdanie czajnika mogłam chociaż na chwilę oderwać się od swoich myśli. Zastanawiałam się, czy czajnikowi zawsze chce się tak gwizdać, czy robi to z obowiązku pracy.
- Jaką chcesz herbatę?
- Czarną poproszę - odparłam i nagle poczułam się słabo. Znowu coś mnie osłabiało. Myślę, że to niewyspanie, powinnam odpocząć od tego wszystkiego.
- Dwie łyżeczki? - zadała kolejne pytanie.
- Skąd wiedziałaś? - uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Za dobrze cię znam - odparła. W jej oku dojrzałam błysk nienawiści. Odwróciła się, a ja zszokowana oparłam się o stoliczek. Właściwie dlaczego tak się zachowywała? Jak nie ona.
Haustem wypiłam herbatę, podziękowałam i skierowałam się do pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz, po czym wyszłam na balkon. Z niego miałam piękny widok na Gardenii. Nie kuliłam się z zimna mimo padającego śniegu. W końcu byłam czarodziejką słonecznej planety czy tego chciałam, czy nie.
Cicho wróciłam do pokoju zamykając drzwi. Usłyszałam jak zdenerwowana Hanka rozmawiała z kimś przez telefon.
- Czy ty nie rozumiesz, że teraz nasze plany mogą się spieprzyć? - mówiła podniesionym głosem, pewnie myśląc, że nie wróciłam do pokoju. - Wróciła i teraz wszystko pójdzie na marne, cholera! Wcale mi nie pomagasz!
Zamarłam. O czym konkretnie mówiła? Nie znałam powodu ani tym bardziej osoby, z którą rozmawiała. Przez chwilę było zupełnie cicho, starałam się nawet cicho oddychać. Niczego nie było słychać.
- Dobra, muszę zrobić obiad i iść do pracy - powiedziała w końcu Hanka. - Tak, ja też cię kocham.
Stukot butów oddalił się, zrozumiałam, że naprawdę musiała pójść do kuchni I tym razem nie kłamała.
Ale kiedy to robiła, a kiedy nie? I czy znałam tę prawdziwą Hankę?

Spacerowałam po mieście, kiedy usłyszałam aż za bardzo znajomy głos.
- Vera! - krzyknęła postać. Odwróciłam się, w moim kierunku biegła blondwłosa postać. Uśmiechnęłam się szczerze, nie mogłam uwierzyć, że spotkałam ją akurat teraz.
- Liv! - odparłam i od razu się przytuliłyśmy, zdałam sobie sprawę, że nie widziałam jej dosyć długo.
- Kurczę, jak ja się cieszę, że w końcu się widzimy - wypuściła mnie z objęć.
- Ja też - przytaknęłam, dalej się promiennie uśmiechając. Przy niej nie musiałam niczego udawać.
- Wiesz, że sobie kogoś znalazłam? - powiedziała, spoglądając na mnie i moją zdziwioną minę. Roześmiała się. - Tak, ja! W sumie dlatego jestem taka szczęśliwa, staram się zapomnieć o tym co się dzieje w domu. No I wiesz, nie wiem jak u was, ale na Ziemi za miesiąc obchodzimy walentynki.
- Tak, wiem, co to - uśmiechnęłam się smutno. Pamiętałam, że podczas naszych misji przeciwko Czarownikom Roxy zapoznawała nas z ziemskimi zwyczajami I jednym z nich były właśnie walentynki. Przypomniałam sobie, że minęło już pięć lat od tego czasu. Aż zrobiło mi się smutno, że wtedy jeszcze wszystko się układało, a od ponad roku to się rozpada.
- Wiem, że nie uczęszczasz już na studia, ale może zechcesz wpaść na naszą walentynkową imprezę? Wejść mogą praktycznie wszyscy - puściła do mnie oko.
- Nie, raczej zostanę w domu - powiedziałam cicho i spuściłam wzrok.
Nie chciałam jej mówić wszystkiego. O tych czarach i pozostałych rzeczach. Nie byłam stuprocentowo pewna czy mogę jej zaufać.
A tęsknota za Valtorem rozdzierała mnie coraz bardziej, powoli wyniszczałam się psychicznie. Wolałabym nawet wiedzieć, że nie żyje, płakać nad jego grobem. Jednak czułam, że żyje. Tylko wykańczało mnie to, że nie mogę go znaleźć.
- A Liam? - zapytała równie cicho.
- Przecież ma dziewczynę... - odparłam pewnie, nagle prawie potknęłam się czyjś but. “Przepraszam”, odmruknęłam cicho, a Liv zachichotała.
- Nie, zerwał z nią jakiś tydzień temu.
Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Chyba dzisiaj dowiedziałam się naprawdę za wielu rzeczy. Mogłabym teraz pójść do domu i zasnąć, a i tak mówić, że miałam dzień przepełniony wrażeniami.
- Dzisiaj zdecydowanie mnie spotyka za dużo rzeczy - powiedziałam, ale chyba mówiłam to do siebie. Olivia gdzieś się ulotniła.
- Tak, zdecydowanie.
Przeniosłam wzrok z chodnika na osobę stojącą przede mną.
Dzisiaj miałam dobry dzień czy los chciał mi wynagrodzić ostatnie miesiące?


___________________________

Wiem, że beznadziejny i dodatkowo krótki rozdział, ale chciałam już go dodać.
Dla Nory - za to, że potrafisz naprawdę mnie zmotywować - i dla Akali... bo tak. ^^

wtorek, 1 września 2015

#o65. Rozmyślania

#Rebekah #1

Ale mnie ta Elena zdenerwowała. Jakby była zdziwiona, że związałam się z Damonem. Pewnie nie mogła znieść myśli, że miał taką idealną dziewczynę jak ja. Przecież mnie kochał. Dawał mi prezenty, zabierał na wycieczki. Przy czymś takim mówienie tych prostych, beznadziejnych słów "kocham cię" było zbędne. O wiele zbędne.
Tego dnia nie przyszedł do mnie, a miał zabrać mnie nad rzekę płynącą przy Mystic Falls. Taki mały piknik. No to się wściekłam i poszłam do niego.
Damon siedział na krześle. Na stole było rozłożonych mnóstwo papierów, większość pogniecionych. On sam palił papierosa i patrzył w stronę okna nieobecnym wzrokiem.
Sięgnęłam po jedną z kartek. "Wybierz właściwie, Damonie."
- Przestań palić! - powiedziałam ostro.
- Nie możesz mi mówić, co mam robić, Rebeko. - odparł równie nieobecnym głosem.
- Ile razy mam powtarzać, żebyś mówił do mnie Reb! - chciałam warknąć, ale zabrzmiało to jak piśnięcie. Damon uderzył ręką w blat stołu.
- Dość tego! - wrzasnął. - Myślałem, że dopóki nie jesteśmy małżeństwem, mogę spędzać trochę czasu samotnie. Ale nie, ty musisz się rządzić. Wiesz co? Nie chcę takiej żony. Nie chcę żony, która będzie się cały czas wtrącała w moje życie. A teraz wyjdź z łaski swojej, chyba że masz do mnie jakieś bardzo, bardzo ważne pytanie. - zakpił.
Oszołomiona jego wybuchem szybko podeszłam do drzwi i po chwili szczęknęłam zamkiem.
Zanim ruszyłam w stronę domu, popatrzyłam w okno, przy którym stał Damon. Teraz go nie było. Miałam wrażenie, że tylko czekał na moment, by znów stanąć przy nim i się zamyślić.
W końcu wróciłam do domu. Żal do ukochanego mieszał się ze wściekłością na niego. Postanowiłam, że kiedy się spotkamy, musi mi to wyjaśnić. Ten niespodziewany wybuch i ostre słowa. Nawet nie zauważyłam, kiedy do pokoju wszedł mój brat.
- Co, siostrzyczko? - powiedział wesołym głosem, miałam wrażenie, że trochę sztucznym. - Rozmyśla się o tych przykrych, niewesołych sprawach naszego miasteczka?
- Odwal się. - syknęłam. - Właściwie to dlaczego jesteś taki wesoły?
Natychmiast spoważniał, na jego twarzy natychmiast pojawił się smutek. Zdziwiłam się. Czyżby Klaus miał o wiele więcej twarzy niż początkowo sądziłam?
- Straciłem pracę. - powiedział cicho. - Straciłem pracę, bo powiedziałem szefowej, żeby się ode mnie odpieprzyła, bo według niej wszystko robię źle. Ale nie to mnie martwi. Chciałem spłacić swoje długi, które zaciągnąłem. A teraz? Co będzie? Jak ja to zrobię?
"Nie martw się", chciałam powiedzieć, ale sama się martwiłam. Nie chciałam źle dla brata. Nie sądziłam, że jest w poważnych kłopotach. Dużo poważniejszych niż moich.
Nasi rodzice mieli dużo pieniędzy, ale wszyscy wiedzieliśmy, że nie wystarczy na spłatę długów nawet gdyby oddali jemu swoje dwie pensje. Starali się jak mogli, ale to było trochę z dystansem. Klaus był starszy ode mnie, ale nie miał takiej samodzielności jaką by chciał.
Wyszedł z pokoju, a ja znowu, znowu zaczęłam myśleć o narzeczonym. Zastanawiałam się co stoi za jego zachowaniem. Nowa kobieta?
Nie, nie zrobiłby mi tego. Przecież go znam.

#Elena #2

Uwielbiałam to. Mimo wszystko uwielbiałam adrenalinę, która towarzyszyła mi przy wymykaniu się z domu. Uczucie strachu, że opiekunowie mogliby mnie przyłapać było silniejsze ode mnie. A teraz... teraz miałam powód. Mogłabym spotkać Damona, choć i tak nasza miłość byłaby zakazana. Mimo wszystko. Był chłopakiem jednej z najważniejszych osób w Mystic Falls.
Ubrałam się na czarno i odruchowo zaczęłam układać poduszki. Na dyktafonie odtworzyłam nagranie, kiedy spałam, żeby ciotka niczego się nie domyśliła. Zamknęłam drzwi na klucz.
Wychyliłam się przez okno. Kiedy zauważyłam, że nikogo nie ma, delikatnie zaczęłam zsuwać się po rynnie.
Bingo. Udało się.
Dawno tego nie robiłam.
Odsunęłam schowek na narzędzie i wyszłam przez dziurę, którą kiedyś wykułam. Przesunęłam go na dawne miejsce, a dziurę od strony ulicy zatuszowałam jakimiś chwastami.
Zdjęłam kaptur będąc już w dobrej odległości od domu. Odetchnęłam z ulgą.
Było już ciemno, chyba dochodziła północ. Ulice pozornie pozostawały spokojnie jak na tę porę przystało.
Nagle usłyszałam jakieś krzyki. Podbiegłam bliżej. Pewnie jakaś para, pomyślałam. Chłopak wyżywał się na dziewczynie, groził jej nożem.
- Ej, chłopaku, uspokój się! - krzyknęłam.
Ten tylko zamachnął się na mnie ręką, nie zdążyłam zrobić uniku. Uderzył mnie w twarz, konkretniej w nos. Chyba mi go złamał.
Jęknęłam z bólu, ale próbowałam ustać na nogach. Taak, próbowałam to na pewno dobre określenie. Po prostu nie wychodziło mi to. Usiadłam na chodniku próbując zatamować krwawienie.
Usłyszałam łomot i jęk chłopaka. I jakieś kroki. Miałam wrażenie, że dziewczyna stamtąd uciekła i ani na trochę się nie pomyliłam. Ten, który mnie uderzył, po kogoś dzwonił.
- Nic ci się nie stało? - ktoś do mnie przemówił. Całe szczęście, że siedziałam, bo teraz na pewno nie potrafiłabym usiedzieć.
Nie widziałam go dobrze, ale ten głos rozpoznałabym nawet na końcu świata. Przede mną kucnął Damon i oglądał moje złamanie.
- Chyba złamał mi nos. - powiedziałam, nawet nie próbowałam udawać silnej. Może naprawdę wiłam się z bólu, a może chciałam, żeby wziął mnie do swojego mieszkania i się mną zajął, jak w tych romansidłach.
- W takim razie chyba zjawiłem się w odpowiedniej porze, nie? - odparł. Chciałam się zaśmiać, ale ogromny ból dał o sobie znać. Znowu jęknęłam.
- Chodź, opatrzę cię w mieszkaniu. - powiedział i lekko kulejąc, oparłam się na jego ramieniu.

#Damon #3

Jakimś cudem dotarliśmy do mojego mieszkania. Elena udawała, że nie boli jej złamany nos. Lekko mi to zaimponowało, że nie robi z siebie takiej ofiary losu jak Rebekah.
Usiadła w fotelu, trochę zdenerwowana. I ja byłem zdenerwowany. Miałem opatrzyć dziewczynę, której nie dało się oprzeć. Wprost wodziłem za nią wzrokiem i byłem wdzięczny tamtemu zbirowi, że się tam wtedy pojawił. Dzięki temu miałem ją na wyłączność.
Sięgnąłem po apteczkę i poprosiłem dziewczynę, żeby się położyła. Pochyliłem się nad nią i delikatnie zacząłem przemywać jej twarz. Założyłem opatrunek i chwilę jej się przyglądałem, ona też patrzyła prosto w moje oczy.
Po chwili wstała.
- Dziękuję. - szepnęła.
Nie mogłem się jej oprzeć. Pochyliłem się nad nią i nasze usta miały się złączyć, kiedy ona się obróciła.
- Dzięki za wszystko, Damon. Zajmij się Rebeką. - powiedziała ostro i wyszła z mojego mieszkania. Poczułem się jak debil, ale nie żałowałem tego momentu. Wiedziałem już, że każda taka uwaga będzie stosowana tylko z powinności.
Zacząłem myśleć o jej oczach i z taką myślą zasnąłem.

_____________________________

Nie ma to jak pisać jakieś opowiadanie nie znając fabuły. ;)
Na wszelki wypadek przypominam, że moje opowiadanie jest tylko oparte na "Pamiętnikach wampirów", nie ma z nim nic wspólnego. Dziwne, że dodałam je tylko dlatego, że mi zalegało na pulpicie i kusiło, żeby wstawić. I ogólnie dziwnie wyszło. W innym opowiadaniu nie wezmę się za opisywanie uczuć faceta. Za ciężko to idzie.
Nikt nie skomentuje, ja to wiem.

piątek, 21 sierpnia 2015

#o64. Ona nie jest księżniczką!

...- Że co? - z wrażenia zachłysnęłam się powietrzem i zsunęłam się po poduszkach.
- No tak - zaczęła wyjaśniać. - Cały czas kłamali, nigdy... nigdy nie chcieli powiedzieć prawdy. Luna dosyć długo próbowała zajść w ciążę, oczywiście z królem. Ale nie mogła. Pewnego razu nagle się udało. Niestety, wykryto, że Suza może mieć jakąś poważną wadę. Nie chcieli usuwać dziecka, więc postanowili, że je porzucą i wśród "niczyich" dzieci poszukają kogoś podobnego do niej. Znaleźli małą...
W głowie kłębiły mi się miliony myśli. Przez cały czas perfidnie mnie oszukiwali, kręcili intrygi, bym nie dowiedziała się prawdy. Niewiarygodne, ile jest w stanie poświęcić się człowiek, by zataić niewygodne fakty z przeszłości.
Byłam ciekawa jednej rzeczy - jeśli Flora nie odkryłaby prawdy, to nigdy nie zostałaby ujawniona?
Schowałam twarz w dłoniach.
- Ja w to nie wierzę, nie... - powiedziałam.
- W to, że nie jesteś księżniczką? - zażartowała.
- Nie. - zgromiłam ją wzrokiem. - Tylko w to, że przez cały czas mnie oszukiwali. Zresztą nie tylko mnie.
Milczałyśmy przez jakiś czas, później opadły mi powieki i zasnęłam.

Obudziłam się, będąc już w lepszym stanie. Czułam tylko zmęczenie, gdzieś ulotnił się stres i ból. Mimo to zasłoniłam twarz dłonią, kiedy przez firankę zaczęły wpadać promienie słoneczne. Dziwne, nigdy wcześniej tego nie robiłam.
Może to skutek uboczny eliksiru przygotowanego przez Florę... albo nie, coś się stało na Solarii.
Wyjrzałam przez okno i zorientowałam się, że była to ta druga opcja. Na plac zamkowy w równych rzędach wbiegały setki, tysiące, a może nawet i miliony żołnierzy. Mieszkańcy w popłochu uciekali do domu. Na środek placu wyszli król i królowa. Nie potrafiłam myśleć o nich jako rodzice. W końcu i tak Suzanne się dla nich liczyła, nie ja, ta bezczelna i agresywna uciekinierka.
Zeszłam do jednego w pomieszczeń pałacowych, zastając tam Florę i Roxy. Z niepokojem przeglądały gazety, rozmawiały o czymś. W normalnym dniu zapewne wyszłabym z pokoju, ale nie mogłam oderwać wzroku od jednego z wielkich, czarnych nagłówków.
„SOLARIA ZOSTAŁA ZAATAKOWANA PRZEZ PLANETĘ DOMINO”.
Przez chwilę pomyślałam, że to był zwykły żart, ale później odtworzyłam sobie słowa Brandona - „Musimy zająć się czymś innym”. To o to chodziło?
- Cześć, dziewczyny. - powiedziałam niepewnie. - Roxy, jak się tutaj znalazłaś? Myślałam, że nie przylecisz na Solarię w najbliższym czasie.
- Tak miało być, ale ją wezwałam. - odezwała się Flora.
- To prawda, że zaatakowano Solarię? - spytałam.
- No a jak. - odparła Roxy, gorzko się uśmiechając. - Nie słyszałaś o ostatnich wydarzeniach?
- Jakich?
- Bloom przejęła tron na Domino, oficjalnie jest już królową.
Z wrażenia wywinęłam orła na podłodze. Kiedy już doprowadziłam się do jako takiego stanu, zauważyłam, że zaczęły mi się przyglądać z zainteresowaniem.
- O co wam chodzi? - spytałam trochę nieadekwatnie do sytuacji.
- Zachowujesz się inaczej niż zwykle. - odpowiedziała Roxy.
- Nie jak ty... - dodała Flora i chyba chciała jeszcze coś dodać, ale urwała.
- Trudno. - machnęłam ręką. - Musimy działać, skoro nie chcemy zniszczenia Solarii.
“Znaczy, nie zależy mi na niej”, pomyślałam, szybko odpychając od siebie te myśli. Nie przejęłam się zbytnio faktem, że Solaria znów została zaatakowana. Jednak obeszło mnie to, że to zrobiła Bloom. Jeszcze miesiąc temu się z nią przyjaźniłam. Teraz była moim wrogiem. O ile mogłam znieść to, że sypiała z moim ówczesnym narzeczonym, to dobiła mnie porażka. Ona była królową, a ja? Nikim.
Obróciłam się na pięcie, kiedy usłyszałam:
- Stell, wiesz, że Klub Winx się rozwiązał po twojej ucieczce?
Zaskoczona spojrzałam na Florę, która wypowiedziała te słowa. Ta, która gotowa była oddać za nas życie bez chwili wahania wypowiedziała te słowa? Nie była tak poruszona jak ja.
- Jak to? - zapytałam lekko zdziwiona.
- Sama wiedziałaś, że było ciężko. Każda z nas zajęła się swoją rodziną, swoim życiem. Nie jest tak, jak chciałyśmy. Nie tak planowałyśmy naszą przyszłość. Nie tak miało to wyglądać. Miałyśmy być szczęśliwe razem, spędzać razem czas na zakupach i stawać za sobą murem. Ale Klub zaczął się rozpadać po wieści o romansie Brandona i Bloom. A później zajęcie się swoimi sprawami, żadna z nas nie miała czasu. Tylko ty i Bloom naprawdę się przyjaźniłyście, do czasu. Kiedy uciekłaś z Solarii podjęłyśmy decyzję o rozwiązaniu Klubu. Nie było sensu tego ciągnąć.
Patrzyłam na nią z zaskoczeniem nie wierząc w to, co mówi. Kawałek mojego życia został zakończony. To dzięki Winx poznałam prawdziwą przyjaźń. Nauczyłam się przegrywać, poświęcać się dla bliskich osób. I poznałam Valtora.
Potrząsnęłam głową.
- I co teraz? - zapytałam. - Jak będziemy walczyć? W pojedynkę?
- Nie. - odpowiedziała Roxy z uśmiechem. - Założymy klub.
Spojrzałam na nią ze zdumieniem.
- Już byłam w jednym klubie, który się rozpadł.
- Ale ten założymy do pokonania Bloom! - wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - Musimy coś zdziałać.
- Dlaczego się tak szczerzysz? Z czego jesteś zadowolona? - nie chciałam tego mówić, ale musiałam. Denerwował mnie jej uśmiech, przecież wcale wesoło nie było.
Momentalnie spoważniała, uśmiech zniknął z twarzy osiemnastolatki.
- Chciałam, żebyście były w miarę zadowolone. - zaczęła wyjaśniać. - Mi się układa z Tonym, ale to wiecie. No i wiem, że jesteście przygnębione, bo rozpad waszego klubu... Myślałam, że was jakoś pocieszę.
- Mi podoba się pomysł ze stworzeniem jakiegoś klubu. - Flora poparła Roxy. - Przecież nikt nie powiedział, że musimy ten klub prowadzić w nieskończoność.
- I co? Jaka niby będzie nazwa? - zaśmiałam się sarkastycznie. - Jest nas trzy, to może Trix?
Roxy popatrzyła na mnie z urazą tak, jakbym uznała jej pomysł za dziecinny.
Nagle otworzyły się drzwi. Stanęła w nich zdyszana Suzanne. Miała trochę rozczochrane włosy i ledwo trzymała się na nogach, co znaczyło, że biegła tutaj dosyć długo.
- Słyszałam o problemach i... - wysapała. - Czy jestem w stanie wam pomóc?
- Nie, Stella, nie będzie Trix. - Flora obróciła się do mnie z uśmiechem. - Będziemy Fourix.

Leżąc na materacu rozłożonym w pokoju Suzy zastanawiałam się nad wydarzeniami ostatnich dni. Zdałam sobie sprawę, że Klub Fourix ma szansę przetrwać. Ja, Flo, Roxy i Su nieźle się dogadywałyśmy. Wiedziałam, że może być dobrze. Nie, musi być.
Dopiero wojna się zaczęła, a my możemy już ją zakończyć. Wiedziałam, że to nigdy dobrze nie wróżyło, że królowa Domino może nas zaskoczyć.
Na dodatek zdałam sobie sprawę, że tęsknię za Hanką, Olivią i Liamem. Chciałabym wrócić na Ziemię, dalej studiować oraz rozmawiać z nimi.
Jednak nic nie przewyższało tęsknoty za Valtorem. Wiedziałam, że on gdzieś musi być, nie mógł zupełnie zapaść się pod ziemię. Przecież mnie znalazł rok temu, znajdzie mnie teraz.
...choć rozdzielono nas siłą i wątpiłam w to, nie przestawałam wierzyć.
I nie przestawałam o nim myśleć. Kiedy zamykałam oczy, myślałam o nim, o drobnych gestach, o jego słodkim “księżniczko”.
Obróciłam się na drugi bok. Nagle przypomniały mi się jego słowa, kiedy razem z Winx z nim walczyłyśmy.
“Stello, jesteś jedyną osobą, której nie zamierzam pokonywać. Naprawdę. Tylko nie chcę, żebyś uczestniczyła ze mną w ostatniej walce. Nie chcę, żebyś była pokonana lub patrzyła na moją przegraną.”
Nie spełniłam jego prośby.
Sięgnęłam po książkę i chciałam spróbować czytać, zająć sobie czymś myśli. Niestety nie udawało mi się, cały czas myślałam o czym innym. Wyglądało to tak, jakbym tylko przewracała kartki w książce.
Od niechcenia wyjrzałam przez okno. Prawie nic się nie zmieniło poza tym, że plac był jakby wyludniony. Tak jakby wszyscy wyjechali na wakacje lub na innej planety. Wszyscy wiedzieliśmy, jaka jest prawda. Mieszkańcy siedzieli w domach, szczelnie zasłaniając okna. Bali się kolejnej tak okrutnej wojny jak ta z Helarią. Wtedy Solaria była niemalże zrównana z ziemią, nawet teraz nie odbudowano jej całej.
Usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę! - powiedziałam. W drzwiach ukazała się Flora.
- Hej, Stell. - szepnęła. Jej oczy były napełnione łzami, sama dziewczyna trzęsła się ze strachu.
- Co się stało? Coś z Helią? - spytałam. Po zdradach byłam przygotowana głównie na pocieszanie po nich, oczywiście odruchowo.
- Nie... z nim jest wszystko w porządku... - odpowiedziała i wybuchła płaczem.
- W takim razie co się stało, Flo? - zapytałam, kiedy w miarę się uspokoiła.
- Porwali Miele... moją siostrzyczkę... - znowu się rozpłakała. Byłam zszokowana, nie chciałam w to uwierzyć. Myślałam, że nic złego nie może się zdarzyć, że ostatnie wydarzenia to tylko zwykły zbieg okoliczności. Wstrząśnięta usiadłam na łóżku, na którym położyła się czarodziejka.
- A wiesz, kto to zrobił? - zadałam kolejne pytanie, ale bardzo chciałam jej pomóc.
- Nie. - pokręciła głową, na chwilę powstrzymując płacz. - Ale wiem, kto to może być.
Spojrzałam na nią z zainteresowaniem.
- Na ciemnych bluzach mieli mały, czerwony płomień, znak planety Domino.

_________________

Krótko wyszedł mi ten rozdział, ale chciałam dodać go już dzisiaj. Wiem, że mogłabym to przeciągać w nieskończoność, ale ktoś mnie zmotywował i postanowiłam dodać go dzisiaj.
Tak, Nora, rozdział dla Ciebie. c:
Btw. mam wrażenie, że akcja dzieje się za szybko jak go tak sobie czytałam. No cóż. Nie można mieć wszystkiego.
Dobranoc.~

_
01.2017: Znowu format, grr.

środa, 1 lipca 2015

#o63. Powrót


Avatary (c) Norelay.

Cześć.

Niby zawiesiłam działalność bloga, bo miałam pewne problemy i jakoś nie sądziłam, że będę miała więcej czasu na pisanie. A może właśnie pisanie oderwie mnie od tych problemów, których ciągle jest więcej?

W każdym razie oficjalnie wracam do bloga, zacznę regularnie (a przynajmniej postaram się..) dodawać jakieś posty, opowiadania.

No i mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto ucieszy się z mojego powrotu. :)

Planowałam dodać dzisiaj nowy rozdział "Pamiętnika księżniczki", ale wiadomo, jak wychodzi z planami. Postanowiłam skorzystać z okazji - niedawno Viczka poprosiła mnie, żebym napisała opowiadanie powiązane z TVD. A że nie oglądałam tego serialu ani razu, trochę kiepsko mi to wyszło, bo całkowicie niezgodne z fabułą... w każdym razie, wstawię.

Co z tego, że to miało być krótkie opowiadanie, a teraz wychodzi na to, że będzie przynajmniej w kilku częściach. xD'

*******

#Damon

Pewnego dnia Elena wybrała się na spacer. Udawała, że chciała się odprężyć, odgonić od siebie złe myśli, ale wciąż zerkała na mnie. Czułem na sobie jej niewinne spojrzenia, krótkie uśmiechy, miałem wrażenie, że chciała ze mną poflirtować. Domyśliłem się, że wpadłem jej w oko. To było przyjemne uczucie, ale... przez to czułem, że zdradzałem Rebekę, mimo że z nią nie byłem. Ale tego wszyscy od nas oczekiwali. Chcieli, byśmy pobrali się jak najszybciej. Nie mogłem spełnić ich żądań. Nie obchodziło mnie to, że Rebekah była ładna, że zakochała się we mnie na zabój. Chciałem być wolny, móc robić to, co zechcę, a ona mnie ograniczała. Jak dotąd nie powiedziałem jej wprost, że mi, Damonowi, odpowiadała rola playboya. Niby nie należałem do osób, które tchórzą, ale... wszyscy znienawidziliby mnie za to, że złamałem Rebece serce.
Ten pech chciał, że padło na mnie.
A ja czułem, że coraz bardziej pociągała mnie Elena. Uświadomiłem sobie, że coraz bardziej cieszyłem się z jej 'przypadkowych' spotkań. A ona coraz dłużej na mnie patrzyła. Wydawało mi się, że pewnego razu ledwo powstrzymywała się od kliknięcia w domofon.
Któregoś dnia nie przyszła. Postanowiłem dowiedzieć się o co chodzi. Prawda okazała się być zbyt okrutna.

#Elena

Pewnego dnia wybrałam się na spacer. Jak zawsze rozglądałam się po okolicy, spragniona wiadomości ze świata. A może to dlatego, że tak bardzo lubiłam rysować? Mniejsza o to. Tak więc, tego pewnego dnia przypadkowo ujrzałam ruszającą się firankę. Przystanęłam i zaczęłam na nią patrzeć, próbując ułożyć do niej historię.
Nagle w firance pojawił się zabójczo przystojny facet. Słyszałam od dziewczyn, że nazywał się Damon i lubił podbijać damskie serca. Ale nie mogłam, po prostu nie mogłam oderwać od niego wzroku. A miałam wrażenie, że on też na mnie zerka, jakby jednocześnie się ze mnie śmiał i był zainteresowany... mną.
Przestań, Eleno. Nie możesz o nim myśleć.
Ale oszukiwałam się. Oszukiwałam samą siebie, że mi na nim nie zależy. Nie chciałam, żeby to tak wyszło. Chociaż marzyłam, jak to będzie, kiedy będziemy razem... może w przyszłości tak będzie.
Pewnego dnia zostaliśmy zaproszeni na kolację przez rodziców Rebeki. Wprawdzie nasze rodziny nie przyjaźniły się, ale w konflikcie też nie były. Rebekah była nawet sympatyczna, chociaż czasami sprawiała wrażenie sierotki poszkodowanej przez los.
Przyszłam ubrana "odświętnie". Jenna kazała mi włożyć dżinsy, które nie dość, że były na mnie trochę za długie, to jeszcze były to dzwony. Mówiłam jej kiedyś, że lubię chodzić tylko w rurkach, ale chyba nie posłuchała... Nie zastanawiając się zbyt długo, obcięłam nogawki i z dżinsów zostały tylko krótkie spodenki. Z białą koszulą, która miała długie rękawy nie było problemów. Lekko ją rozpięłam i podwinęłam rękawy. Ręką przeczesałam włosy, sięgnęłam po torebkę i krzyknęłam, że wychodzę. Nie chciałam iść razem z Jenną i Alaricem, kazaliby mi się przebrać. Rodzina Mikaelsonów była jakby tą najważniejszą w mieście. Mikael był burmistrzem Mystic Falls, a Esther sprawowała opiekę nad liceum w Mystic Falls. Może to dlatego Rebekah czasami zadzierała nosa, a innym razem potrafiła się rozpłakać, bo wspominała, jak widziała śmierć swojej siostry - zabiły ją wilkołaki. Nie trzeba chyba dodawać, że należała do wampirów.
Wyszłam. Spacerowałam dosyć długo, do kolacji zostało jeszcze pół godziny. Skierowałam swoje kroki pod dom Damona.
Głupia, głupia Elena.
Dzisiaj stanął przy oknie wcześniej, niż przyszłam. Nie umiałam się opanować. W tej chwili przestałam panować nad sobą. Podeszłam do domofonu i... zawiesiłam rękę.
Pomyśli, że nie umiałam nad sobą zapanować, wyśmieje mnie i uzna za wariatkę.
Szybko odeszłam od jego domu i zaczęłam coraz szybciej iść pod dom Rebeki.
Jenna, Alaric i Jeremi byli już na miejscu. Ciotka zaczęła taksować mnie wzrokiem, wyrażając swoje niezadowolenie z mojego stroju. Nie obchodziło mnie to. Serce waliło mi młotem. Uciekłam. Idiotka ze mnie.
Z tym mocno bijącym sercem usiadłam przy stole. Przez chwilę rozejrzałam się po salonie. Wprawdzie kilka razy przychodziłam do Rebeki, żeby obgadać sprawy dotyczące projektów, kiedy jeszcze chodziłyśmy do liceum, ale nigdy nie byłam w tej części domu. Było elegancko... chyba aż za elegancko. Pokręciłam głową.
Wszyscy zaczęli sobie rozmawiać, tylko ja zjadłam kolację, oparłam głowę o dłoń i zaczęłam bawić się widelcem. Nagle Rebekah nawiązała dyskusję, która mnie zainteresowała:
- Wydaje mi się, że niedługo mój chłopak mi się oświadczy.
- Chłopak? - zapytałam ze zdziwieniem. - Masz chłopaka?
- No nie mów, że nie wiedziałaś. - powiedziała dziewczyna. - Oczywiście, że mam. Jest zabójczo przystojny i ma taki świetny charakter, opiekuje się mną po śmierci siostry.
We właściwym momencie otarła niewidzialne łzy z oczu i pociągnęła nosem.
- No wiesz... każda normalna dziewczyna, która chce się ustatkować, ma narzeczonego. - zakończyła i popatrzyła na mnie z satysfakcją. Tak jakbym ja, Elena, była jakaś puszczalska. Wielu chłopaków do mnie startowało, ale żaden z nich nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak Damon.
- A jak się nazywa twój chłopak? - zapytał Alaric. Uczył w naszej szkole historii i pamiętał zarówno Rebekę, jak i pozostałych absolwentów.
- Damon. - odpowiedziała.
Splunęłam wodą na stół, którą akurat popijałam. Czułam na sobie spojrzenia pozostałych.
- Przepraszam. - powiedziałam szybko. - Zakrztusiłam się.
I nie było tematu. Nikt nie miał żadnych podejrzeń, bo nigdy nie rozmawiałam z Damonem, jedynie kojarzyłam go z opowieści szkolnych.
Kolacja i rozmowy skończyły się, we czwórkę wracaliśmy do domu.
- Eleno... - zaczęła Jenna. - Dlaczego narobiłaś nam takiego wstydu?
Spojrzałam na nią pytająco.
- Przyszłaś w rozpiętej koszuli i obcięłaś nogawki spodni, poza tym splunęłaś wodą na wieść o tym, kto jest chłopakiem Rebeki.
- Splunęłam niechcący. - mruknęłam.
- Ubranie też zniszczyłaś niechcący?
- Mam prawo ubierać się tak, jak sobie tego życzę! W ogóle mnie nie słuchasz, nie akceptujesz moich poglądów i wymagasz, żebym była taka jak ty, a ja tego nie chcę! Rozumiesz? Nie chcę! - krzyknęłam i rzuciłam się biegiem do domu. Chwyciłam swój pamiętnik i wzięłam klucz od strychu. Później zamknęłam drzwi od wewnątrz, zapaliłam lampkę i zaczęłam pisać.
Kochany pamiętniku, dzisiejszy dzień był chyba jednym z najgorszych w moim życiu. A może i był najgorszy? Nie dość, że uciekłam spod domu Damona, to jeszcze okazało się, że jest chłopakiem Rebeki. Na dodatek pokłóciłam się z Jenną... i chyba narobiłam niezłego obciachu rodzinie. Nie takiego życia oczekiwałam. Płakałam po śmierci rodziców, ale po przeprowadzce... myślałam, że będzie lepiej. I było. A ostatnio wszystko zaczęło się psuć.
Przecież wiedziałam, że życie do tej pory było zbyt piękne. Zauroczyłam się w chłopaku, którego nie znałam, wydawało mi się, że on też mnie polubił. No, może polubił, ale nie w tym sensie, co chciałam...
Postanowiłam, że nigdy więcej nie przyjdę pod jego dom. Nie dam się nabrać.
Szkoda tylko, że stało się to takie trudne.